środa, 13 stycznia 2016
Najprzystojniejszy mężczyzna świata
Najprzystojniejszy mężczyzna świata ma niewiele ponad 30 lat, szelmowski uśmiech, figlarne oczy. Najprzystojniejszy mężczyzna świata nie ma w sobie miłości do Krystyny. I nic na to nie pomoże.
Żadne środki czystości, wypucowane na wysoki połysk kafelki w łazience, schabowe upieczone z sercem czy czysta podłoga w kuchni umyta płynem z mydłem marsylskim. Nawet dwie szklanki wody z miodem przygotowane dla niego w sekrecie, by mógł wypić na czczo lub po powrocie z pracy, nie zrzucają kamienia z jego serca.
Najprzystojniejszy mężczyzna świata chce mieć najatrakcyjniejszą samicę, i teraz gdy we wspomnieniu widzę oczy Krystyny, jakoś ciepło mi robi się na sercu, gdy myślę o tym, jak wieczorem walczy robiąc 200 brzuszków, aby być wybranką. I nie je. I patrzy na mnie mówiąc: oficjalnie się załamuję.
Więc głaszczę ją po czarnych włosach i mówię: no nie wiem kurde Krystyna co. Armani może? Ale Krystyna mówi, mam Diamonds, powiedział, że duszące takie.
I potem odjeżdża Krystyna zostawiając mnie w oparach absurdu i jakoś udziela mi się jej tęsknota i też robię te 200 brzuszków. Bo może faktycznie czasem płyn do mycia podłóg z mydłem marsylskim to nie wszystko, by podtrzymać namiętność.
niedziela, 13 grudnia 2015
Ku pokrzepieniu serc: Ja. Przypadek beznadziejny
Serio. to nie są czcze kokieterie. Tekst sprzed trzech lat znalazłam w komputerze. Pełno lat, a jakoby nic się nie wydarzyło. Ja nie jestem na zakręcie. Ja naprawdę, jak powiedziała inteligentna niezaprzeczalnie koleżanka ma Natalia Kiedyk, jestem na ŻYCIOWYM RONDZIE. I chyba muszę z niego zjechać. Pierwsza w prawo. ale póki jeszcze jak w kołowrotku na tym rondzie bezwolnie się kręcę gubiąc wątek i nić, oto tekst potwierdzający moją melepetowatość:
Czasem jest tak, że
umowa w pracy kończy się. Kończy się tym samym praca. Trzeba
znaleźć nową. I to może stać jednym z życiowych wyzwań. Los
rzucił mi taką rękawicę, którą z godnością podniosłam, bo właściwie wyboru
większego nie było. Ale nie ma tego złego.
Po zakończeniu kariery
słynnej dziennikarki w lokalnym radiu, postanowiłam zostać
dyrektorem kreatywnym swojego życia. Przez pierwszych pięć dni
kreatywnie siedziałam w domu, patrząc się tępo w sufit tudzież w
ścianę lub okno i oswajając się ze zmianą, szóstego dnia jednak
to twórcze zajęcie mnie znudziło. Zdecydowałam, że znajdę
pracę.
Zrobiłam listę firm i
instytucji, w których mogłabym wznowić zawodową karierę
dziennikarsko-pisarską, przygotowałam CV i listy motywacyjne,
rozpoczęłam rozsyłanie.
Rozesłałam do pięciu.
Dziewięciu. Jedenastu. Szesnastu. Po czterech dniach nadal nie
miałam pracy. Co więcej – nie miałam również żadnej
odpowiedzi, czy moje e-maile ktoś w ogóle odczytał. Przepraszam,
jedna była: "Wiadomość niedostarczona do adresata. Podany
adres nie istnieje". Czy się zdziwiłam? No zdziwiłam się.
Wymyśliłam nową metodę – będę wysyłać na kilka adresów
e-mail danej firmy. Może któryś odczytają. Oceniłam też
przezornie, że trzeba poszerzyć wacharz zainteresowań o firmy,
które potrzebują pracownika w ogóle. Niekoniecznie dziennikarza,
pokornie wezmę, co dają. Szukają ambitnej sekretarki - ciach!
Wysłane. Ekspedientki w eleganckim butiku – poszło! Pani z biegłą
znajomością języka angielskiego potrzebna – proszę bardzo,
proponuję swoją osobę. W e-mailu do sekretariatu, do szefa i na
adres ogólny firmy. Żeby mieć większą pewność, że doszły.
Doczekałam się reakcji.
Pierwsza zadzwoniła pani z butiku – Bardzo nam miło i dziękujemy
za zainteresowanie, ale ma pani zbyt duże kwalifikacje, taka osoba
jest nam niepotrzebna.
Ucieszyłam się, że tak
mnie docenili, bezrobotny o kwalifikacjach zbyt dużych, by go
zatrudnić, ma większą motywację do działania!
Drugi zadzwonił pan od
języków: – Dzień dobry, dostaliśmy od pani wiadomość, ale
proszę pani, niestety nie możemy pani przyjąć, bo wysłała pani
podanie na zły adres e-mail, ten właściwy to praca-małpa itd, a
nie biuro-małpa itd., no skoro pani wysłała na ten zły, a nie na
dobry, to znaczy, że pani nie chce..- Ale, dzień dobry, ja chcę!
Ja bardzo chcę, dlatego wysłałam na dwa! Na pracę- małpę też!
- No proszę pani, ja widzę, jakie tu pani ma doświadczenie, dwa
kierunki, widzę te pani załączniki, dokumenty, ale skoro pani
wysłała na dwa, to znaczy, że pani nie traktuje poważnie...
Nie słuchając dalej,
poważnie zdezorientowana, podziękowałam i rozłączyłam się.
Chwilowo jako dyrektor
kreatywny zajęłam swoją strategiczną pozycję z widokiem na
ścianę. Kontempluję. Poszukiwanie pracy, jak widać, rządzi się
swoimi prawami. Trzeba chcieć, ale nie za bardzo. Trzeba umieć, ale
nie za dużo. Przy głębszej refleksji - ma to swoje filozoficzne
podstawy. Ja natomiast mam swoje fizjologiczne potrzeby. Więc będę
dalej wysyłała na dwa adresy. Ja chcę jeść. Ja chcę pracę.
Mój brat oglądał swego
czasu serial o rodzinie Kiepskich. Każdy zna. Główny bohater, pan
Ferdek, w jednym z odcinków doszedł do wniosku, że dla ludzi z
jego wykształceniem w tym kraju nie ma pracy. Panie Ferdynandzie,
wciąż wierzę, że nie będę musiała podpisać się pod tym
stwierdzeniem.
sobota, 12 grudnia 2015
Stigmata mortis
Z podziękowaniem dla Kasi Krawiec
Stigmata mortis
Spotkanie po ośmiu latach
żeby odwiedzić siostrę
Marysia w eleganckich ubraniach
wyciąga z bagażnika
tort
prezenty
kopertę na mszę za szwagra
a tu są zdjęcia jak Andrzej budował
dom
lat temu osiem
a tu wnuczki Wiktoria lat siedem
jaka duża dziewczynka
kawy nie bardzo
od sześciu miesięcy tak brzuch mnie
boli tu czasem
podróż trwała pięć godzin
Andrzej szybko jechał
Zostaniemy cztery dni
Trzy noce rozmów bez końca
Zobaczymy się latem?
Zobaczymy
Dwa miesiące później
Jeden telefon
Zewnętrzna warstwa odzieży
Wiskoza
Nylon
poliester
w równym słupku na krześle
palor mortis
rigor mortis
livores
mortis
to już tylko
czysta formalność
środa, 9 grudnia 2015
Post ze strasznie śmiesznym żartem na początek
Whan that Aprille with his shoures sote
The droghte of Marche hath perced to the rote...
Dobra to jest żart! :D
Przecież wiadomo że nie znam angielskiego po staremu! Z ledwością po nowemu, a i tak cudem nadążam! :D (po prostu dużo udaję) (pretend)
Przecież od razu widać ze to Geoffrey Chaucer The Canterbury Tales, The Prologue. !
Ale tak mi się jakoś na żarty zebrało teraz :) I cały czas boki zrywam :D
Chciałam tylko powiedzieć, że jestę dziś przeogromnież szczęśliwa (happy) i spełniona zawodowo, bo moja 6-letnia (do czwartku) (till Thursday) uczennica Agatka po zajęciach, które zakończyły się katastrofą (disaster) bo Igor rozlał ciepłą wodę (pół kubka) na Agatki i Dominika książki i ksera z reniferami, to mimo wszystko ta moja Agatka napisała wyznanie z młodego serca płynące o treści: lubie paniom kamile.
nieodrodna uczennica! (like teacher, like student) <love>
poniżej dowody fotograficzne (i ortograficzne):
czuję, że za kilka lat z Agatką będziemy se spacerowały bulwarami Londynu, albo jechały doubledeckerami i Opowieści Kanterberyjskie cytowały na przemian, jednocześnie nowy rozdział o opowieściach londyńsko-raciborskich na kartach historii literatury światowej zapisując :D
tylko tyle i aż tyle, dziękuję, dobranoc!
The droghte of Marche hath perced to the rote...
Dobra to jest żart! :D
Przecież wiadomo że nie znam angielskiego po staremu! Z ledwością po nowemu, a i tak cudem nadążam! :D (po prostu dużo udaję) (pretend)
Przecież od razu widać ze to Geoffrey Chaucer The Canterbury Tales, The Prologue. !
Ale tak mi się jakoś na żarty zebrało teraz :) I cały czas boki zrywam :D
Chciałam tylko powiedzieć, że jestę dziś przeogromnież szczęśliwa (happy) i spełniona zawodowo, bo moja 6-letnia (do czwartku) (till Thursday) uczennica Agatka po zajęciach, które zakończyły się katastrofą (disaster) bo Igor rozlał ciepłą wodę (pół kubka) na Agatki i Dominika książki i ksera z reniferami, to mimo wszystko ta moja Agatka napisała wyznanie z młodego serca płynące o treści: lubie paniom kamile.
nieodrodna uczennica! (like teacher, like student) <love>
poniżej dowody fotograficzne (i ortograficzne):
czuję, że za kilka lat z Agatką będziemy se spacerowały bulwarami Londynu, albo jechały doubledeckerami i Opowieści Kanterberyjskie cytowały na przemian, jednocześnie nowy rozdział o opowieściach londyńsko-raciborskich na kartach historii literatury światowej zapisując :D
tylko tyle i aż tyle, dziękuję, dobranoc!
piątek, 4 grudnia 2015
Post z wplecionym wierszem o księdzu na balkonie
Siemana ziomunie!
Moja koleżanka Kasia umie śpiewać piosenki, kręcić filmy, montować teledyski i ciasto z czekoladą gorzką oraz pankejki.
Moja koleżanka Martyna umie strogonowa, ciasto z serkiem mascarpone, fornirować meble, pisać ikony, malować obrazy i robić zdjęcia.
Ja umiem prawie nic. Tylko sos pomidorowy według pięciu przemian i pisać wiersze.
Wisława Szymborska, która posiadała jeden z moich talentów (bo nie dowiadywałam się o jej zdolnościach kulinarnych), napisała tych wierszy coś ponad 300 i dostała Nobla.
Biorąc pod uwagę chłodną kalkulację, że wiersze piszę fantastyczne, średnio jeden na rok, to na Nobla mogę liczyć za jakieś 300 lat. Mimo planów zażywania grzybka Reishi (nie, nie narkotyczny, wy ludzie małej wiary! grzybek długowieczności, dobry na hormony i cerę!), wątpię, że dożyję tego wieku, zatem pragnąc łapczywie jeśli nie Nobla to przynajmniej wyrazów nieposkromionego uznania, zaraz właśnie tu jeden upublicznię, a wy pochwalicie i będzie w miarę spoko, ale Nobel to to jednak nie jes.
To jest taki piękny wiersz z czasów, gdy w moim świecie ludzie jeszcze nie umierali, a miłość była czystą ideą, a nie że komuś trzeba myć podłogę, a i tak nie wiadomo czy coś z tego będzie. Kto zgadnie dokładną datę powstania tego wiersza, w nagrodę może mnie zaprosić na dinner. And here's the poem as it goes:
Moja koleżanka Kasia umie śpiewać piosenki, kręcić filmy, montować teledyski i ciasto z czekoladą gorzką oraz pankejki.
Moja koleżanka Martyna umie strogonowa, ciasto z serkiem mascarpone, fornirować meble, pisać ikony, malować obrazy i robić zdjęcia.
Ja umiem prawie nic. Tylko sos pomidorowy według pięciu przemian i pisać wiersze.
Wisława Szymborska, która posiadała jeden z moich talentów (bo nie dowiadywałam się o jej zdolnościach kulinarnych), napisała tych wierszy coś ponad 300 i dostała Nobla.
Biorąc pod uwagę chłodną kalkulację, że wiersze piszę fantastyczne, średnio jeden na rok, to na Nobla mogę liczyć za jakieś 300 lat. Mimo planów zażywania grzybka Reishi (nie, nie narkotyczny, wy ludzie małej wiary! grzybek długowieczności, dobry na hormony i cerę!), wątpię, że dożyję tego wieku, zatem pragnąc łapczywie jeśli nie Nobla to przynajmniej wyrazów nieposkromionego uznania, zaraz właśnie tu jeden upublicznię, a wy pochwalicie i będzie w miarę spoko, ale Nobel to to jednak nie jes.
To jest taki piękny wiersz z czasów, gdy w moim świecie ludzie jeszcze nie umierali, a miłość była czystą ideą, a nie że komuś trzeba myć podłogę, a i tak nie wiadomo czy coś z tego będzie. Kto zgadnie dokładną datę powstania tego wiersza, w nagrodę może mnie zaprosić na dinner. And here's the poem as it goes:
Ania nie idzie się kąpać
bo przegapi dym
Kamilciu, jest, mówi szeptem babcia
teraz trzeba poczekać godzinę
zanim między Bogiem a prawdą
transfer się upłynni
zanim słowo stanie na balkonie ciałem
wyciera spocone ręce
potyka się
siada
nerwowo przymierza
się do roli
to jest coś nowego
serce mu bije jak dzwon
jeszcze nie idzie może brzuch go boli
absolutnie sam patrzy z wysokości
myśl pokonuje tysiące lat
świetlnych jak tysiące fleszy
ręka niepewnie podąża nową
trajektorią
stopa utwierdza się
fratelli e sorelle, buona sera
uśmiecha się nowe oblicze historii
Babcia ma wypieki na policzkach
Fajnie, Franio, nie?
Benedykt XVI też pewnie ogląda
Fajny nawet. Mi się podoba. No i nawet kiedyś był w gazecie, znaczy w czasopiśmie. Pierwszy człon tytułu czasopisma to Almanach. Drugi i ostatni - prowincjonalny.
Ale proszę się nie sugerować!
Wszak prowincja - to matecznik słowa.
Buziaki.
Kororowych słitdrims. :*
poniedziałek, 30 listopada 2015
O tym, jak mnie moja najważniejsza recenzentka Kasia wiecznie wkuhwia
Szanowni Czytelnicy, klasyczne post scriptum, na jednak osobnej kartce, bo jakbym w tamtym poście dopisała, to by było dłużej niż treść główna, a nie czas na formalne eksperymenty.
Bo po prostu mnie normalnie moja główna recenzentka a zarazem najlepsza (no dobra jedna z trzech najlepszych) koleżanek o imieniu Kasia tak wkuhwia w tych recenzjach!
Co nie napiszę, to zawsze źle! Znaczy niby dobrze, ale... No właśnie, zawsze jest ALE.
jak ja już zawsze napiszę, to jej wysyłam osobiście link, niech ma niech czyta. A ona mi grzecznie i sprytnie zawsze odpisuje: super jak zawsze, AAALLLLEEE :D
i ostatnio jej argumentem jest: za mało Besza w poście, za mało Besza w poście, za poważne te tam te. te zdania. albo za dużo Brunona Schulza.
a ja jej mówię, że nie będzie jak było, że łohoho, łohoho śmichy chichy, bo za duzo ludzi wokół umarło (aa, właśnie, dopisek prywatny - dokończyć wiersz pod tytułem Stigmata mortis, zanim mi ktoś tytuła podpierdyli), w K-rzu też przepracowałam ponad pół roku z panem kierownikiem, do którego nie można mówić panie kierowniku, chociaż jest kierownikiem kilku referatów, ale trzeba mówić panie burmistrzu, ewentualnie panie wiceburmistrzu lub panie zastępco, ale na pewno panie, a kierowniku to nie. jak widać, wyryło owo doświadczenie niezacieralny znak w mej psychice i już dawny Besz nie powróci ale ona uparcie, nie nie więcej Besza, wszystko dobrze
albo mówi super jak zawsze delektuję się każdą literką, ale tych literków jest ZA MAŁO.
kurwa, czyli za krókie że. że leniwa jeste albo za mało twórcza, kreatywna pomysłowa. I ona myśli że ja nie wiem co ona myśli. A ja wiem że ona myśli, że jak ona mi tak napisze, to ja pomyślę że mnie to motywuje i się tak jeszcze bardziej postaram, i z tych wszystkich wpisów na blogu stworzę książkę i zarobie miliony a pozniej dogram audiobuka i z tego audiobuka też hajs będzie się trzepał gruby
I mnie tak wkuhwia ta jej wiara w moje możliwości!! Jak mnie to nerwowo rozstraja!
Normalnie to bym jej w ogóle nie słuchała, ale niestety wiem że ma rację i muszę. I teraz próbuję odnaleź swój zaginiony styl.
A ta moja recenzentka to nie jes jakaś byle kto. To jest słynna artystka Kasia Gierszewska-Widota, żona mojego pana z angielskiego ze studiów, Andrzeja. I ona jest bardzo twórcza i optymistyczna a 4 grudnia z tym mężem grają swój rewelacyjny koncert na Końcu Świata jako duet Katie&Me Meet Marlene, czyli stare piosenki Marleny Dietrich w nowych eksperymentalnych aranżacjach i jeszcze coś ponad to. Ja na to idę bo mi się będzie na pewno podobać. Wy też chodźcie. Po wszystkim mi doradzicie, czym mam się opierrać na opiniach tej piosenkarki jednej czy nie!
BOSKI KONCERT W PIĄTEK NA KŚ!
Bo po prostu mnie normalnie moja główna recenzentka a zarazem najlepsza (no dobra jedna z trzech najlepszych) koleżanek o imieniu Kasia tak wkuhwia w tych recenzjach!
Co nie napiszę, to zawsze źle! Znaczy niby dobrze, ale... No właśnie, zawsze jest ALE.
jak ja już zawsze napiszę, to jej wysyłam osobiście link, niech ma niech czyta. A ona mi grzecznie i sprytnie zawsze odpisuje: super jak zawsze, AAALLLLEEE :D
i ostatnio jej argumentem jest: za mało Besza w poście, za mało Besza w poście, za poważne te tam te. te zdania. albo za dużo Brunona Schulza.
a ja jej mówię, że nie będzie jak było, że łohoho, łohoho śmichy chichy, bo za duzo ludzi wokół umarło (aa, właśnie, dopisek prywatny - dokończyć wiersz pod tytułem Stigmata mortis, zanim mi ktoś tytuła podpierdyli), w K-rzu też przepracowałam ponad pół roku z panem kierownikiem, do którego nie można mówić panie kierowniku, chociaż jest kierownikiem kilku referatów, ale trzeba mówić panie burmistrzu, ewentualnie panie wiceburmistrzu lub panie zastępco, ale na pewno panie, a kierowniku to nie. jak widać, wyryło owo doświadczenie niezacieralny znak w mej psychice i już dawny Besz nie powróci ale ona uparcie, nie nie więcej Besza, wszystko dobrze
albo mówi super jak zawsze delektuję się każdą literką, ale tych literków jest ZA MAŁO.
kurwa, czyli za krókie że. że leniwa jeste albo za mało twórcza, kreatywna pomysłowa. I ona myśli że ja nie wiem co ona myśli. A ja wiem że ona myśli, że jak ona mi tak napisze, to ja pomyślę że mnie to motywuje i się tak jeszcze bardziej postaram, i z tych wszystkich wpisów na blogu stworzę książkę i zarobie miliony a pozniej dogram audiobuka i z tego audiobuka też hajs będzie się trzepał gruby
I mnie tak wkuhwia ta jej wiara w moje możliwości!! Jak mnie to nerwowo rozstraja!
Normalnie to bym jej w ogóle nie słuchała, ale niestety wiem że ma rację i muszę. I teraz próbuję odnaleź swój zaginiony styl.
A ta moja recenzentka to nie jes jakaś byle kto. To jest słynna artystka Kasia Gierszewska-Widota, żona mojego pana z angielskiego ze studiów, Andrzeja. I ona jest bardzo twórcza i optymistyczna a 4 grudnia z tym mężem grają swój rewelacyjny koncert na Końcu Świata jako duet Katie&Me Meet Marlene, czyli stare piosenki Marleny Dietrich w nowych eksperymentalnych aranżacjach i jeszcze coś ponad to. Ja na to idę bo mi się będzie na pewno podobać. Wy też chodźcie. Po wszystkim mi doradzicie, czym mam się opierrać na opiniach tej piosenkarki jednej czy nie!
BOSKI KONCERT W PIĄTEK NA KŚ!
Pamiętajcie o pokojach!
- Wiedzą panie - mówił ojciec mój - że w starych
mieszkaniach bywają pokoje, o których się zapomina. Nie odwiedzane
miesiącami, więdną w opuszczeniu między starymi murami i zdarza się, że
zasklepiają się w sobie, zarastają cegłą i, raz na zawsze stracone dla
naszej pamięci, powoli tracą też swą egzystencję. Drzwi, prowadzące do
nich z jakiegoś podestu tylnych schodów, mogą być tak długo przeoczane
przez domowników, aż wrastają, wchodzą w ścianę, która zaciera ich
ślad w fantastycznym rysunku pęknięć i rys.
Nie. Nie myślcie sobie, że autorką powyższej słownej ekwilibrystyki jestem ja. A gdzieżby tam, nie nie. Gdzie mi, zwykłej wieśniaczce ze wsi* do tych tam takich tych.
Po prostu przypomniał mi się ten fragment Sklepów cynamonowych Schulza, gdy pomyślałam o leżącym odłogiem blogu. A kiedy już myśl ma uleciała ku Sklepom, siłą rozpędu przypomniało mi się kilka innych książek, do których dawno nie nie sięgałam, więc to niedopatrzenie postanowiłam niezwłocznie dopatrzeć. I tak proszę bardzo, znalazłam bardzo mądrą o życiu i głębi księgę zatytułowaną Gra życia, otwieram na stronie pierwszej lepszej i co widzę:
Każda rzecz, której nie zaplanował Bóg, zostaje rozproszona, a w jej miejsce pojawia się Boska idea.
No i właśnie. Po chwili pożałowałam tego głodu mądrości życiowych. I ja bym tu nie chciała dyskutować z Najwyższą Intelgencją, ale czy naprawdę musiała mi Ona (ta Inteligencja) (Najwyższa) rozproszyć ideę niezwykle przystojnego mężczyzny, o którego względy zabiegałam przez ostatnie miesiące? I co dalej? Dlaczego Boską ideą jest, abym w ten wieczór siedziała przy suszarce ze świeżo wypranym praniem z mózgiem zainfekowanym panoszącym się zapaleniem zatok i nie miała kogo poprosić o gorącą herbatę z tym całym miodem? To ma być sprawiedliwość, ja się zapytuję?
W cudowny sposób odczuwam cudowną radość, która spływa na mnie i we mnie pozostaje.
No, kuwa, bardzo, no. Żeby wzmóc działanie tej afirmacji i poczuć ją na własnej duszy, musiałam zadziałać od strony fizycznej i zeżreć PrincePolo XXL klasyczne! Tu się bez skutków ubocznych nie obejdzie!
Odstawiam w najdalszy kąt zakurzonej biblioteki te mądrości, wracam normalnie do portali społecznościowych, bo to człowiek traci jakąś taką harmonię, szukając odpowiedzi, a nie znajdując pytań, czy jakoś. Albo se poczytam o mixed conditionals, bo to zawsze warto wiedzę ugruntować. (tudzież zdobyć, buuaaahahahaha!O.o)
PS. Bo tam taką gwiazdkę: * zrobiłam. Otóż, jeżeli ktoś z Czytelników trafił tu przypadkowo i myśli, że ja pisząc o sobie, ze jestem zwykłą wieśniczką ze wsi, mam na myśli coś złego o sobie albo o innych zwykłych wieśniaczkach ze wsi, to niech się lepiej palnie w czerep i ma się na baczności, bo to oznacza, że jego umysł staje się jak stare mieszkania. A jak wytrawni znawcy doskonale wiedzą, tapety muszą być w takich mieszkaniach już bardzo zużyte i znudzone nieustanną wędrówką po wszystkich kadencjach rytmów; nic dziwnego, że schodzą na manowce dalekich, ryzykownych rojeń.
Nie. Nie myślcie sobie, że autorką powyższej słownej ekwilibrystyki jestem ja. A gdzieżby tam, nie nie. Gdzie mi, zwykłej wieśniaczce ze wsi* do tych tam takich tych.
Po prostu przypomniał mi się ten fragment Sklepów cynamonowych Schulza, gdy pomyślałam o leżącym odłogiem blogu. A kiedy już myśl ma uleciała ku Sklepom, siłą rozpędu przypomniało mi się kilka innych książek, do których dawno nie nie sięgałam, więc to niedopatrzenie postanowiłam niezwłocznie dopatrzeć. I tak proszę bardzo, znalazłam bardzo mądrą o życiu i głębi księgę zatytułowaną Gra życia, otwieram na stronie pierwszej lepszej i co widzę:
Każda rzecz, której nie zaplanował Bóg, zostaje rozproszona, a w jej miejsce pojawia się Boska idea.
No i właśnie. Po chwili pożałowałam tego głodu mądrości życiowych. I ja bym tu nie chciała dyskutować z Najwyższą Intelgencją, ale czy naprawdę musiała mi Ona (ta Inteligencja) (Najwyższa) rozproszyć ideę niezwykle przystojnego mężczyzny, o którego względy zabiegałam przez ostatnie miesiące? I co dalej? Dlaczego Boską ideą jest, abym w ten wieczór siedziała przy suszarce ze świeżo wypranym praniem z mózgiem zainfekowanym panoszącym się zapaleniem zatok i nie miała kogo poprosić o gorącą herbatę z tym całym miodem? To ma być sprawiedliwość, ja się zapytuję?
W cudowny sposób odczuwam cudowną radość, która spływa na mnie i we mnie pozostaje.
No, kuwa, bardzo, no. Żeby wzmóc działanie tej afirmacji i poczuć ją na własnej duszy, musiałam zadziałać od strony fizycznej i zeżreć PrincePolo XXL klasyczne! Tu się bez skutków ubocznych nie obejdzie!
Odstawiam w najdalszy kąt zakurzonej biblioteki te mądrości, wracam normalnie do portali społecznościowych, bo to człowiek traci jakąś taką harmonię, szukając odpowiedzi, a nie znajdując pytań, czy jakoś. Albo se poczytam o mixed conditionals, bo to zawsze warto wiedzę ugruntować. (tudzież zdobyć, buuaaahahahaha!O.o)
PS. Bo tam taką gwiazdkę: * zrobiłam. Otóż, jeżeli ktoś z Czytelników trafił tu przypadkowo i myśli, że ja pisząc o sobie, ze jestem zwykłą wieśniczką ze wsi, mam na myśli coś złego o sobie albo o innych zwykłych wieśniaczkach ze wsi, to niech się lepiej palnie w czerep i ma się na baczności, bo to oznacza, że jego umysł staje się jak stare mieszkania. A jak wytrawni znawcy doskonale wiedzą, tapety muszą być w takich mieszkaniach już bardzo zużyte i znudzone nieustanną wędrówką po wszystkich kadencjach rytmów; nic dziwnego, że schodzą na manowce dalekich, ryzykownych rojeń.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
