Dziś w nocy (albo wczoraj, nie mam poczucia czasu) otrzymałam ważnego sms-a: "Gocha, sorry, że tak późno! Widziałam dziś Inferno w Auchan za 27 zł..." Noooo, nareszcie dobre wieści - pomyślałam o poranku. Chyba nie muszę pisać, że pojechałam z rana do oszął i jako jedna z pierwszych klientek zakupiłam nowego Browna. Nie żebym była jego wielką fanką. Ale wychodzę z założenia, że nowości trzeba znać. (Swoją drogą, jak oszął to robi, że cena na książce 44,90, a sprzedają za bezcen?) Trochę mnie tam poniosło i wyszłam z 4 książkami. Wczoraj poniosło mnie też w Matrasie (tam Inferno za 33 zł), jakoś nie potrafię przejść obojętnie obok księgarni. Obawiam się, że to jakaś choroba. Taka nieuleczlana. Boję się, bo za 2 tygodnie wybieram się z autorką sms-a na targi książki do Krakowa. Całkiem poważnie myślę o ustawieniu sobie jakiegoś limitu na koncie.
Zmarła Chmielewska. Dowiedziałam się z fejsbuka. Kilka osób uznało, że trzeba to sobie wkleić w status. Na drugi dzień w pracy moja bardzo zmartwiona koleżanka, fanka Chmielewskiej, zapytała, czy słyszałam. No ja słyszałam. Czytałam nawet o tym. Ale niestety, książki żadnej nie przeczytałam, bo jakoś mi tak nie po drodze z kryminałami było... Koleżanka trochę się oburzyła, że polonistka, i że nie znam, i że powinnam... Ok. Obiecałam, że przeczytam. Obietnicę muszę spełnić, gdyż już następnego dnia koleżanka przyniosła mi coś o krokodylu. Znaczy tytuł taki. I wiecie co? Męczę to już 3 dzień. I nie mogę. No nie mogę. Czytam i myślę o tych milionach ludzi, którzy uwielbiają kryminały Chmielewskiej. Nie potrafię przebrnąć przez książkę, która nie ma rozdziałów, za to jest najeżona imiesłowowymi równoważnikami zdania (takie, że wiecie: wyszedłszy z domu, zobaczył psa). Poza tym, mam ją trzeci dzień i wciąż nie pamiętam tytułu. Ale przeczytam. Może jutro, bo mam wolne. Dzień Świstaka - ustawowo wolny.
Znaczy miałam wolne. Gdy zapisałam na kartce, co mam jutro zrobić, to okazało się, że nie zdążę na zajęcia na PWSZ (dlaczego wykładowcy nie obchodzą tego święta??).
Ostatnio los mi nie sprzyja. Po tym, jak wrzuciłam do blendera (miksera?) brokuły, śmietanę, bulion i nie domknęłam wieczka, myślałam, że już nic gorszego nie może mi się przytrafić. Ale jednak. Utknęłam wczoraj na autostradzie. Najpierw na 40 minut - to jeszcze było do zniesienia, bo uporczywie myślałam, co by tu zrobić. Za przykładem innych kierowców, wyjechałam pasem awaryjnym. Nabyłam nowych umiejętności: ponad kilometr jechałam tyłem. Za tę przyjemność zapłaciłam 15,10 - tyle kosztuje wjazd i wyjazd tą samą bramką. "Uprzejma" pani na tejże bramce poinformowała mnie, że spokojnie mogę jechać do Gliwic i tam wjechać na autostradę, bo ten korek to tylko tutaj. Pojechałam i wrąbałam się w prawie 2 godzinny postój. Myślałam, że mnie cholera weźmie, bo w aucie miałam tylko "Krzyżaków" i stary katalog z Ikei.
Jestem na serialowym głodzie. Niczego nie ma, na wszystko trzeba czekać. Kurde, gdybym chciała czekać tydzień na kolejny odcinek, to kupiłabym sobie telewizor!
G.
niedziela, 13 października 2013
środa, 2 października 2013
Żeby coś tu fajnie było
Małgorzata odnaleziona, smok nie istnieje.
To dobrze. Dobrze.
Leżę przedsennie w mojej dwupokojowej kawalerce przy nowej nocnej lampce z pepko i jest mi miło.
Chciałabym teraz napisać coś takiego najmądrzejszego globalnospołecznoważnego aleee aleeeee aleeee takiego żeby wszyscy pomyśleli że jestem mądra i globalnospołeczna. Ale dupa mi z tego wyjdzie, z pustego to i Salomon się nie napije czy jak to tam.
Zamiast mądrych myśli przez głowę przechodzą mi następujące:
*a może by tak wyjść spod tej kołdry i w celach celebracyjnych zapalić rytualnego papierosa na postindustrialnym balkonie?
*ciekawe czy moja Stefanka już zasnęła w swoim domku?
*kto by umiał mi ten kurek wyciągnąć z umywalki bo się jakoś tak zaciął i nie chce wyjść a jeden mój kolega jest wykorzystującym ludzi egoistą i nie pomoże.
*a może by tak wyjść spod tej kołdry i w celach celebracyjnych zapalić rytualnego papierosa na postindustrialnym balkonie?
*ciekawe czy jeszcze mam talent aktorski
*nie spakowałam sukienki na tańce latynoskie
*czy twix w nocy ma mniej kalorii niż w dzień?
*a może ja nigdy nie miałam talentu aktorskiego
*a może by tak wyjść spod tej kołdry i w celach celebracyjnych zapalić rytualnego papierosa na postindustrialnym balkonie?
*o czym jutro pisać te artykuły w tej pracy
*którędy się zapisuje do banku głosów żeby zostać lektorem i czytać książki albo opisy filmów przyrodniczych albo pracować w radiu jak Wojciech Mann
*podnieść te skarpetki i wrzucić do kosza czy niech se leżą do rana
*ciekawe co mój Remigiusz robi teraz w Szczyrku
*czy zapraszając ludzi na parapetówkę albo okołookolicznościową imprezę wypada napisać im że najbardziej z prezentów przyda mi się domestos proszek do prania mop płyn do podłóg miska i pralka panele lampa wisząca do pokoju okleina na meble i dywanik łazienkowy oraz fototapeta z nowym jorkiem albo petersburgiem bo muszę wybrać do którego z nich się wyprowadzić?
*w sumie nie ma obowiązku żeby na te tańce mieć sukienkę pójdę w spodniach
Kończę te dyrdymały. idę na balkon. Mam co palić, nie muszę wciąż jeść. Sztucznym miodem karmieni. Erzac, cholera, nie życie?... :)
To dobrze. Dobrze.
Leżę przedsennie w mojej dwupokojowej kawalerce przy nowej nocnej lampce z pepko i jest mi miło.
Chciałabym teraz napisać coś takiego najmądrzejszego globalnospołecznoważnego aleee aleeeee aleeee takiego żeby wszyscy pomyśleli że jestem mądra i globalnospołeczna. Ale dupa mi z tego wyjdzie, z pustego to i Salomon się nie napije czy jak to tam.
Zamiast mądrych myśli przez głowę przechodzą mi następujące:
*a może by tak wyjść spod tej kołdry i w celach celebracyjnych zapalić rytualnego papierosa na postindustrialnym balkonie?
*ciekawe czy moja Stefanka już zasnęła w swoim domku?
*kto by umiał mi ten kurek wyciągnąć z umywalki bo się jakoś tak zaciął i nie chce wyjść a jeden mój kolega jest wykorzystującym ludzi egoistą i nie pomoże.
*a może by tak wyjść spod tej kołdry i w celach celebracyjnych zapalić rytualnego papierosa na postindustrialnym balkonie?
*ciekawe czy jeszcze mam talent aktorski
*nie spakowałam sukienki na tańce latynoskie
*czy twix w nocy ma mniej kalorii niż w dzień?
*a może ja nigdy nie miałam talentu aktorskiego
*a może by tak wyjść spod tej kołdry i w celach celebracyjnych zapalić rytualnego papierosa na postindustrialnym balkonie?
*o czym jutro pisać te artykuły w tej pracy
*którędy się zapisuje do banku głosów żeby zostać lektorem i czytać książki albo opisy filmów przyrodniczych albo pracować w radiu jak Wojciech Mann
*podnieść te skarpetki i wrzucić do kosza czy niech se leżą do rana
*ciekawe co mój Remigiusz robi teraz w Szczyrku
*czy zapraszając ludzi na parapetówkę albo okołookolicznościową imprezę wypada napisać im że najbardziej z prezentów przyda mi się domestos proszek do prania mop płyn do podłóg miska i pralka panele lampa wisząca do pokoju okleina na meble i dywanik łazienkowy oraz fototapeta z nowym jorkiem albo petersburgiem bo muszę wybrać do którego z nich się wyprowadzić?
*w sumie nie ma obowiązku żeby na te tańce mieć sukienkę pójdę w spodniach
Kończę te dyrdymały. idę na balkon. Mam co palić, nie muszę wciąż jeść. Sztucznym miodem karmieni. Erzac, cholera, nie życie?... :)
O tym, że smoki to tylko w bajkach
Żyję. Ha! Mało tego! Żyję i mam się dobrze. Bardzo chciałam tutaj coś napisać kiedyś, ale ta praca, studia, korepetycje, kursy, seriale, projekty, cuda-wianki... i jakoś mi to umknęło. Ale Kamila czuwa, za co jestem Jej bardzo wdzięczna, bo dba o bloga kosztem licencjata. To duże poświęcenie, biorąc pod uwagę to, że oddala w czasie możliwość pisania sobie przed nazwiskiem magicznego LIC. Ja z kolei nie mogę się doczekać faktu, kiedy zostanę licencjatem. Tak, wiem... trochę za bardzo wybiegam na przód.
Jeżeli chodzi o poprzednią notkę. Mimo że nie czytałam jej z podkładem muzycznym, to poczułam się wspaniale. I od razu zaznaczę: ja nie mędziłam. Kamila czuła potrzebę. To miłe. Dawno już nikt tak pięknie o mnie nie pisał. Tylko trochę poczułam się jakbym już nie żyła i patrzyła na Was z góry (no bo przecież nie z dołu). I przez chwilę to mi się nawet smutno zrobiło, że już mnie nie ma między Wami. Blog ma się dobrze, trwa, a my z nim. W nim. Tylko niejaki Przemysław E., bliski kolega Kamili, napisał ostatnio na pewnym portalu, że nazwa naszego bloga jest skaszaniona i nie koreluje z treścią i ideą. Człowieku! Ty nie wiesz, jak bardzo skaszaniony mamy login i hasło do tego bloga! I też nie korelują z niczym. A są.
A teraz będę oryginalna: jest mi zimno. Ale tak zimno, że nie wiem, co z tym zrobić. W związku z tym siedzę, jem i przeglądam blogi kulinarne. W międzyczasie piekę ciasta i szukam tanich lotów do ciepłych krajów. Bo powiem Wam, że zwariuję, jeżeli w najbliższym czasie gdzieś nie polecę.
Nie mam telewizora, ale najważniejsze wydarzenia nie umykają mojej świadomości. I tak oto kilka dni temu świat obiegła przerażająca informacja o tym, że w Maku już nie będzie frytek. Zostaną zastąpione czymś zdrowym: owocami tudzież sałatkami. Świat zareagował oburzeniem, gdyż (cytuję!): "iść do maka na sałatkę, to jak iść do burdelu się poprzytulać". Ja również uważam, że atakowanie nas ze wszystkich stron tą zdrową żywnością jest niedorzeczne! I skandaliczne!
Włączyłam sobie właśnie ten podkład muzyczny Kamili. Bardzo życiowy refren.
G.
PS Smoki nie istnieją!
Jeżeli chodzi o poprzednią notkę. Mimo że nie czytałam jej z podkładem muzycznym, to poczułam się wspaniale. I od razu zaznaczę: ja nie mędziłam. Kamila czuła potrzebę. To miłe. Dawno już nikt tak pięknie o mnie nie pisał. Tylko trochę poczułam się jakbym już nie żyła i patrzyła na Was z góry (no bo przecież nie z dołu). I przez chwilę to mi się nawet smutno zrobiło, że już mnie nie ma między Wami. Blog ma się dobrze, trwa, a my z nim. W nim. Tylko niejaki Przemysław E., bliski kolega Kamili, napisał ostatnio na pewnym portalu, że nazwa naszego bloga jest skaszaniona i nie koreluje z treścią i ideą. Człowieku! Ty nie wiesz, jak bardzo skaszaniony mamy login i hasło do tego bloga! I też nie korelują z niczym. A są.
A teraz będę oryginalna: jest mi zimno. Ale tak zimno, że nie wiem, co z tym zrobić. W związku z tym siedzę, jem i przeglądam blogi kulinarne. W międzyczasie piekę ciasta i szukam tanich lotów do ciepłych krajów. Bo powiem Wam, że zwariuję, jeżeli w najbliższym czasie gdzieś nie polecę.
Nie mam telewizora, ale najważniejsze wydarzenia nie umykają mojej świadomości. I tak oto kilka dni temu świat obiegła przerażająca informacja o tym, że w Maku już nie będzie frytek. Zostaną zastąpione czymś zdrowym: owocami tudzież sałatkami. Świat zareagował oburzeniem, gdyż (cytuję!): "iść do maka na sałatkę, to jak iść do burdelu się poprzytulać". Ja również uważam, że atakowanie nas ze wszystkich stron tą zdrową żywnością jest niedorzeczne! I skandaliczne!
Włączyłam sobie właśnie ten podkład muzyczny Kamili. Bardzo życiowy refren.
G.
PS Smoki nie istnieją!
wtorek, 1 października 2013
Wspomnienie o Małgorzacie (Matyldzie, Ani i Anecie oraz Katarzynie Kasowskiej)
Tera się będzie działo.
Najpierw podkład muzyczny, och przekorny nieco, i bez podkładu nie czytać.
och kocham cię nad życie
1) Dawno, dawno temu, czyli jakoś w kwietniu ja i moja koleżanka Małgorzata B. założyłyśmy bloga, który zawojował świat. Pisałyśmy te posty namiętnie, a grono zakochanych w naszym widzeniu świata fanów, dopingowało nas w tej twórczości. W tym momencie czuję się zobowiązana nieco zwolnić szaleńczy dynamizm wpisu tego i głęboki ukłon wdzięczności wobec Czytelników złożyć, z prośbą o pozostanie z tym blogiem i czytanie go wciąż i pokazywanie znajomym (zwłaszcza jakimś wpływowym co by wymyślili jak na tym zbić fortunę, bo nie będę wiecznie służącą w tym domu).
I znów lecimy na łeb na szyję
miałyśmy bloga pisałyśmy maj zanosił się deszczem czytelnicy śmiechem ale pewnego dnia gosia pojechała do bułgarii i tam ją zjadł bułgarski smok i dlatego ona już nic nie pisze
Małgorzata była wspaniałą, zawsze uśmiechniętą, niezwykle inteligentną blogerką, która potrafiła utrzymać logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy swojego wpisu, co umiejętnością jest cenną niezwykle. Zawsze będę o niej pamiętać i ciepło myśleć, a jak tylko ją spotkam to urwę jej to czego smok nie zdążył za to że milczy <loflof>
2) Tymczasem tajemnicze choć w sumie już wyjaśnione zniknięcie Małgorzaty zrekompensowało pojawienie się na świecie Matyldy.
Odchodzę do moich spraw tydzień temu w nocy urodziła się
Gwiazda
Matylda jest córką Kasi i Andrzeja, ma tydzień i widziałam ją póki co na fejsie. Zamiast rączek urosły jej białe rękawiczki, ma przybocznego kota obronnego i zadziorne zbuntowane spojrzenie.
Z twarzy Widota, ale temperament to po Gierszeskich zgarnęła i ja to widzę już od razu ale jak się poznamy osobiście to jeszcze potwierdzę pro forma
Do Matki Matyldy dzwonić miałam, ale bo to ja wiem czy to-to ma czas na pogaduchy o rozwarciu, rozstępach pupy cycki płaskie brzuszki gdy cud-zadzior obok absorbuje uwagę, robi kupę, jeść woła i w transcendencję uczuć przenosi? (transcendencja - sprawdzić znaczenie)
także - Matylda już jest. JEST. czeka do poznania.
3)Tymczasem do Sosnowca wyjechała moja Ania Starzyczny z Rydułtów na studia rosyjskie, a ja moje angielsko-rosyjskie męczę i domęczyć nie mogę. Nienawidzę pisać bibliografii. nienawidzę. Ale anusia już jest zakwaterowana w swoim pokoju w akademiku i mi powiedziała przez telefon o 21:45: ty, tu się nie da spać! Ja nie wiem, chyba wyjdę do tych ludzi i się z nimi zapoznam.
Jak to wszystko panta rhei. a jeszcze nie dawno, na pierwszym roku studiów, młodsza ode mnie o 7 lat Anna zastanawiała się, czy może mi mówić przez "ty"....
4) Aneta jest we Wrocławiu. Wyszła właśnie z fejsa i czyta "Wielkiego Gatsby'ego". Książkę. Takiego jakby to powiedzieć... Written-printed-booka. Ma to okładkę i strony z tekstem nadrukowanym tuszem na czarno. Siedzi, manualnie przerzuca kartki i czyta oczami i umysłem Kazała mi napisać, że jest kochana.
ANETA JEST KOCHANA I PIĘKNA
I NIE MA JESZCZE CHŁOPAKA BO JEST INTELIGENTNA.
ODWAŻNYCH POWAŻNYCH SAMCÓW PROSZĘ O KONTAKT
MOGĘ POŚREDNICZYĆ.
TYLKO POWAŻNE OFERTY 18+.
5)Katarzyna Kasowska również jest inteligentna, to jednak nie odstraszyło jej męża Bartłomieja i wspólnie udało im się stworzyć rodzinę oraz córkę Antolinę de Barseląąąąąą, najpiękniejszą w swojej klasie.
Kaso, dziękuję Ci, ze zawsze jesteś pomocna i w ogóle chodzisz ze mną w krzaki i drukujesz co potrzeba. I właśnie mi się przypomniało, że indeks miałam odnieść do sekretariatu neofilologii, co zapomnialam dziś dzień z rzędu trzeci. @$^#^&$#%#$^!!!
dobra. napisałam o tych wszystkich osobach dlatego że o niektórych czułam potrzebę a reszta zawsze mi mędzi, żebym napisala :D
formalnościom stało sie zadość. w kolejnych postach będę się skupiać na tym co najważniejsze - czyli na mnie.
na mnie
yyyyyyyyy, "na mnie" powiedziałam?
na miłości, miałam na myśli. i odnalezieniu małgorzaty. dead or alive.
Smok i Małgorzata. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.
Najpierw podkład muzyczny, och przekorny nieco, i bez podkładu nie czytać.
och kocham cię nad życie
1) Dawno, dawno temu, czyli jakoś w kwietniu ja i moja koleżanka Małgorzata B. założyłyśmy bloga, który zawojował świat. Pisałyśmy te posty namiętnie, a grono zakochanych w naszym widzeniu świata fanów, dopingowało nas w tej twórczości. W tym momencie czuję się zobowiązana nieco zwolnić szaleńczy dynamizm wpisu tego i głęboki ukłon wdzięczności wobec Czytelników złożyć, z prośbą o pozostanie z tym blogiem i czytanie go wciąż i pokazywanie znajomym (zwłaszcza jakimś wpływowym co by wymyślili jak na tym zbić fortunę, bo nie będę wiecznie służącą w tym domu).
I znów lecimy na łeb na szyję
miałyśmy bloga pisałyśmy maj zanosił się deszczem czytelnicy śmiechem ale pewnego dnia gosia pojechała do bułgarii i tam ją zjadł bułgarski smok i dlatego ona już nic nie pisze
Małgorzata była wspaniałą, zawsze uśmiechniętą, niezwykle inteligentną blogerką, która potrafiła utrzymać logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy swojego wpisu, co umiejętnością jest cenną niezwykle. Zawsze będę o niej pamiętać i ciepło myśleć, a jak tylko ją spotkam to urwę jej to czego smok nie zdążył za to że milczy <loflof>
2) Tymczasem tajemnicze choć w sumie już wyjaśnione zniknięcie Małgorzaty zrekompensowało pojawienie się na świecie Matyldy.
Odchodzę do moich spraw tydzień temu w nocy urodziła się
Gwiazda
Matylda jest córką Kasi i Andrzeja, ma tydzień i widziałam ją póki co na fejsie. Zamiast rączek urosły jej białe rękawiczki, ma przybocznego kota obronnego i zadziorne zbuntowane spojrzenie.
Z twarzy Widota, ale temperament to po Gierszeskich zgarnęła i ja to widzę już od razu ale jak się poznamy osobiście to jeszcze potwierdzę pro forma
Do Matki Matyldy dzwonić miałam, ale bo to ja wiem czy to-to ma czas na pogaduchy o rozwarciu, rozstępach pupy cycki płaskie brzuszki gdy cud-zadzior obok absorbuje uwagę, robi kupę, jeść woła i w transcendencję uczuć przenosi? (transcendencja - sprawdzić znaczenie)
także - Matylda już jest. JEST. czeka do poznania.
3)Tymczasem do Sosnowca wyjechała moja Ania Starzyczny z Rydułtów na studia rosyjskie, a ja moje angielsko-rosyjskie męczę i domęczyć nie mogę. Nienawidzę pisać bibliografii. nienawidzę. Ale anusia już jest zakwaterowana w swoim pokoju w akademiku i mi powiedziała przez telefon o 21:45: ty, tu się nie da spać! Ja nie wiem, chyba wyjdę do tych ludzi i się z nimi zapoznam.
Jak to wszystko panta rhei. a jeszcze nie dawno, na pierwszym roku studiów, młodsza ode mnie o 7 lat Anna zastanawiała się, czy może mi mówić przez "ty"....
4) Aneta jest we Wrocławiu. Wyszła właśnie z fejsa i czyta "Wielkiego Gatsby'ego". Książkę. Takiego jakby to powiedzieć... Written-printed-booka. Ma to okładkę i strony z tekstem nadrukowanym tuszem na czarno. Siedzi, manualnie przerzuca kartki i czyta oczami i umysłem Kazała mi napisać, że jest kochana.
ANETA JEST KOCHANA I PIĘKNA
I NIE MA JESZCZE CHŁOPAKA BO JEST INTELIGENTNA.
ODWAŻNYCH POWAŻNYCH SAMCÓW PROSZĘ O KONTAKT
MOGĘ POŚREDNICZYĆ.
TYLKO POWAŻNE OFERTY 18+.
5)Katarzyna Kasowska również jest inteligentna, to jednak nie odstraszyło jej męża Bartłomieja i wspólnie udało im się stworzyć rodzinę oraz córkę Antolinę de Barseląąąąąą, najpiękniejszą w swojej klasie.
Kaso, dziękuję Ci, ze zawsze jesteś pomocna i w ogóle chodzisz ze mną w krzaki i drukujesz co potrzeba. I właśnie mi się przypomniało, że indeks miałam odnieść do sekretariatu neofilologii, co zapomnialam dziś dzień z rzędu trzeci. @$^#^&$#%#$^!!!
dobra. napisałam o tych wszystkich osobach dlatego że o niektórych czułam potrzebę a reszta zawsze mi mędzi, żebym napisala :D
formalnościom stało sie zadość. w kolejnych postach będę się skupiać na tym co najważniejsze - czyli na mnie.
na mnie
yyyyyyyyy, "na mnie" powiedziałam?
na miłości, miałam na myśli. i odnalezieniu małgorzaty. dead or alive.
Smok i Małgorzata. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.
wtorek, 17 września 2013
Post na zlecenie, czyli push the button!
Co jest.
Ogólnie to jest wtorek wieczór, skończyłam pisać artykuł o carvingu w mojej nowej pracy, ale na laurach dziś nie spocznę jeszcze teraz o tej 21:00, bo co się okazało.
Otóż okazało się że w ten to wtorek niektórzy ludzie oglądają sobie serial. Niektórzy trwale zaginęli, więc ten blog powoli się staje jednoautorski i chyba się nawet pokuszę o post pod tytułem "Wspomnienie o Małgorzacie". Są też osoby które na ten przykład czas spędzają w instytucjach mniej lub bardziej publicznych, będąc jednostką, są ludźmi podwójnymi (co najmniej) i na granicy wytrzymałości psychicznej oczekują a child-to-be-separate-from-mother's-body (tylko matka wie co autorka ma na myśli, bo autorka za swe myśli nie ręczy). No więc dla tych wszystkich, a szczególnie dla jednej już niemal świeżo upieczonej, choć jeszcze oczekującej mamy, która marzy o tym, żeby dziecko przestało wtykać piętę pomiędzy żebro a żebro i zechciało wyjść - no więc dla tej osoby, o pseudonimie Leokatia, post niniejszy pisan jest.
Nie mogłam, a wręcz nie śmiałam odmówić ni zwlekać, jeśli charyzmatyczna, acz nieco zestresowana nadchodzącymi ogromnymi zmianami prześliczna mama napisała do mnie z urokiem właściwym eterycznej osóbce: NAPISZ COŚ KURWA NA TYM BLOGU RISTREJNEJNED!!
nie wiem, czy te emocje, wywołane mym milczeniem, nie przyspieszyły wręcz przypadkiem akcji porodowej, łojezusiczku!
drżę z niepewności, czy tekst ten powstaje, gdy brzemienna Leo jeszcze oczekuje na rozwiązanie, czy już coś tam się jej rozwiązuje! A może w tym momencie już widać główkę?
I ja mam niby spokojnie coś napisać? jak ja nie wiem co tam się dzieje???? w tych salach?? korytarzach????? ja mam być spokojna?????a gdzie ojciec, ja się pytam???? i w ogóle to już się tak zestresowałam, że nie wiem o czym miałam napisać!!!!!
W pracy dziś napisałam takie coś:
burak jako źródło przeżycia artystycznego
...ale żeby co mądrego w oczekiwaniu na dziecię napisać to już niekoniecznie. i naprawdę, cały Londyn tak nie oczekiwał tego potomka od tej Kejt, jak ja oczekiwam od mojej Kejt, bo mnie to stresuje, ze jej jakieś takie małe fioletowawe coś żeberka wątłe rozpycha!
a może już nie rozpycha?
ja nic nie wiem!
a może akcja trwa?
No nie wiem, nie wiem, ale ni mogę zwlekać, więc teraz I am going to push the button!
A Ty, Leokatia, zrób to samo!
PUUUUUUUUUUUSH!
Ogólnie to jest wtorek wieczór, skończyłam pisać artykuł o carvingu w mojej nowej pracy, ale na laurach dziś nie spocznę jeszcze teraz o tej 21:00, bo co się okazało.
Otóż okazało się że w ten to wtorek niektórzy ludzie oglądają sobie serial. Niektórzy trwale zaginęli, więc ten blog powoli się staje jednoautorski i chyba się nawet pokuszę o post pod tytułem "Wspomnienie o Małgorzacie". Są też osoby które na ten przykład czas spędzają w instytucjach mniej lub bardziej publicznych, będąc jednostką, są ludźmi podwójnymi (co najmniej) i na granicy wytrzymałości psychicznej oczekują a child-to-be-separate-from-mother's-body (tylko matka wie co autorka ma na myśli, bo autorka za swe myśli nie ręczy). No więc dla tych wszystkich, a szczególnie dla jednej już niemal świeżo upieczonej, choć jeszcze oczekującej mamy, która marzy o tym, żeby dziecko przestało wtykać piętę pomiędzy żebro a żebro i zechciało wyjść - no więc dla tej osoby, o pseudonimie Leokatia, post niniejszy pisan jest.
Nie mogłam, a wręcz nie śmiałam odmówić ni zwlekać, jeśli charyzmatyczna, acz nieco zestresowana nadchodzącymi ogromnymi zmianami prześliczna mama napisała do mnie z urokiem właściwym eterycznej osóbce: NAPISZ COŚ KURWA NA TYM BLOGU RISTREJNEJNED!!
nie wiem, czy te emocje, wywołane mym milczeniem, nie przyspieszyły wręcz przypadkiem akcji porodowej, łojezusiczku!
drżę z niepewności, czy tekst ten powstaje, gdy brzemienna Leo jeszcze oczekuje na rozwiązanie, czy już coś tam się jej rozwiązuje! A może w tym momencie już widać główkę?
I ja mam niby spokojnie coś napisać? jak ja nie wiem co tam się dzieje???? w tych salach?? korytarzach????? ja mam być spokojna?????a gdzie ojciec, ja się pytam???? i w ogóle to już się tak zestresowałam, że nie wiem o czym miałam napisać!!!!!
W pracy dziś napisałam takie coś:
burak jako źródło przeżycia artystycznego
...ale żeby co mądrego w oczekiwaniu na dziecię napisać to już niekoniecznie. i naprawdę, cały Londyn tak nie oczekiwał tego potomka od tej Kejt, jak ja oczekiwam od mojej Kejt, bo mnie to stresuje, ze jej jakieś takie małe fioletowawe coś żeberka wątłe rozpycha!
a może już nie rozpycha?
ja nic nie wiem!
a może akcja trwa?
No nie wiem, nie wiem, ale ni mogę zwlekać, więc teraz I am going to push the button!
A Ty, Leokatia, zrób to samo!
PUUUUUUUUUUUSH!
czwartek, 12 września 2013
Fantazje kobiety dojrzałej
Książkę pod tym tytułem wręczyła mi dziś z okazji urodzin z szelmowskim uśmiechem moja 22-letnia przyjaciółka Anna S. z Rydułtów. W tej samej urodzinowej paczce były jeszcze "Dzieła zebrane" Majakowskiego w oryginale tom I (masz się zmobilizować i zebrać wszystkie pozostałe 11, powiedziała Ania), kopertówka i komplet bransoletek. -Stara, wykosztowałaś się! - powiedziałam z zakłopotaniem, a głos ze wzruszenia uwiązł mi w gardle (albo przyblokowała go połykana właśnie kluska śląska z ciemnym sosem). - Stara, od trzech miesięcy kompletowałam ten prezent , więc koszty się jakoś rozłożyły! - uspokoiła mnie z kurtuazją Anna.
Bo w istocie, urodziny właściwe miałam w lipcu.
kilka starych szmat
Ale że tak z Anią się mijałyśmy, to dziś nastąpił ten dzień wręczenia. To jest takie całkiem bardzo fajne, dostać spóźnione ale drogie... yyy, znaczy ale szczere prezenty... :D
Zanim jednak przystąpię do lektury książki, której tytuł w tytule postawiłam tak śmiało, rozważę, jakie mam fantazje własne, aby później je skonfrontować z treścią powieści, a tym samym ocenić, na ilem kobietą dojrzałą jest.
Fantazja 1. Mieszczę się w brudnofioletową bluzkę z jedwabiu i wychodzę w niej obronną ręką tudzież z tarczą z egzaminu broniącego licencjat.
No i póki co fantazji mam tyle, bo reszta jest realną realnością albo po prostu brak mi wyobraźni.
Z ważnych wydarzeń to okazało się dziś że niemalże biegle mówię po francusku prostymi zdaniami. No ja się zdziwiłam, Klaudyna się zdziwiła, Remigiusz się zdziwił, a najbardziej zdziwił sie Marcin K., który swego czasu powiedział, mi że jestem prostą kobietą ze wsi z dwoma fakultetami. Jest to wierutna bzdura, gdyż fakultet mam jeden, a pech chciał, że mówię językami ludzi i aniołów. Takie przekleństwo, no.
Z refleksji ad hoc to by było na tyle, na koniec jeszcze krótka rodzinna retrospekcja. O jedzeniu, ponieważ no nie da się już w ogóle ukryć, że ten blog jest tendencyjnie lajfstajlowy. Otóż dni temu dwa przyjechała do nas kuzynka z odległej Polski (ze Złotnik, Żnina albo tam innej Bydgoszczy) i przywiozła kaczkę. -Ciociu, ugotujemy czerninę! - oznajmiła mej mamie. (Niewtajemniczonym wyjaśniam, że czernina to zupa krwi ptaszęcia, rarytas w tamtych stronach, potrawa regionalna i mniam mniam) Matka zbladła, ojciec wybuchł śmiechem, brat wziął na siebie ten cios, powiedział SPOKO, ja pojechałam do babci, gdzie moje miejsce, i tyle mnie widzieli. Dwa dni później czyli dziś, przy luźnej rozmowie pytam mej Stefanki: - Babcia, no i jak oni z tą zupą z tej krwi? Na co moja Stefanka, ze stoickim spokojem: - No mieli tam te różne przeżycia... znaczy mama nie jadła, bo mówiła, że jak zobaczyła jak tą krew się spuszcza to jej się jakoś tak słabo zrobiło, tato jak nalali to musiał po coś iść, a Tomek już coś tam przekąsił dla towarzystwa z Agnieszką. Ja nie chciałam nawet żeby mi to przynosili... No nie chciałam jakoś tego jeść. No bo wiesz... są różne kulinarne gusta... Ale ja tak jakoś... za krwią nie przepadam....
Bo w istocie, urodziny właściwe miałam w lipcu.
kilka starych szmat
Ale że tak z Anią się mijałyśmy, to dziś nastąpił ten dzień wręczenia. To jest takie całkiem bardzo fajne, dostać spóźnione ale drogie... yyy, znaczy ale szczere prezenty... :D
Zanim jednak przystąpię do lektury książki, której tytuł w tytule postawiłam tak śmiało, rozważę, jakie mam fantazje własne, aby później je skonfrontować z treścią powieści, a tym samym ocenić, na ilem kobietą dojrzałą jest.
Fantazja 1. Mieszczę się w brudnofioletową bluzkę z jedwabiu i wychodzę w niej obronną ręką tudzież z tarczą z egzaminu broniącego licencjat.
No i póki co fantazji mam tyle, bo reszta jest realną realnością albo po prostu brak mi wyobraźni.
Z ważnych wydarzeń to okazało się dziś że niemalże biegle mówię po francusku prostymi zdaniami. No ja się zdziwiłam, Klaudyna się zdziwiła, Remigiusz się zdziwił, a najbardziej zdziwił sie Marcin K., który swego czasu powiedział, mi że jestem prostą kobietą ze wsi z dwoma fakultetami. Jest to wierutna bzdura, gdyż fakultet mam jeden, a pech chciał, że mówię językami ludzi i aniołów. Takie przekleństwo, no.
Z refleksji ad hoc to by było na tyle, na koniec jeszcze krótka rodzinna retrospekcja. O jedzeniu, ponieważ no nie da się już w ogóle ukryć, że ten blog jest tendencyjnie lajfstajlowy. Otóż dni temu dwa przyjechała do nas kuzynka z odległej Polski (ze Złotnik, Żnina albo tam innej Bydgoszczy) i przywiozła kaczkę. -Ciociu, ugotujemy czerninę! - oznajmiła mej mamie. (Niewtajemniczonym wyjaśniam, że czernina to zupa krwi ptaszęcia, rarytas w tamtych stronach, potrawa regionalna i mniam mniam) Matka zbladła, ojciec wybuchł śmiechem, brat wziął na siebie ten cios, powiedział SPOKO, ja pojechałam do babci, gdzie moje miejsce, i tyle mnie widzieli. Dwa dni później czyli dziś, przy luźnej rozmowie pytam mej Stefanki: - Babcia, no i jak oni z tą zupą z tej krwi? Na co moja Stefanka, ze stoickim spokojem: - No mieli tam te różne przeżycia... znaczy mama nie jadła, bo mówiła, że jak zobaczyła jak tą krew się spuszcza to jej się jakoś tak słabo zrobiło, tato jak nalali to musiał po coś iść, a Tomek już coś tam przekąsił dla towarzystwa z Agnieszką. Ja nie chciałam nawet żeby mi to przynosili... No nie chciałam jakoś tego jeść. No bo wiesz... są różne kulinarne gusta... Ale ja tak jakoś... za krwią nie przepadam....
środa, 28 sierpnia 2013
Chmurogłowie
warning: to jest bardzo nudny wpis.
Dziś znowu usłyszałam, że chodzę wiecznie z głową w chmurach.
W związku z tym, że wielokrotnie już to oskarżenie i wytknięcie w moją stronę od społeczeństwa padło, oznajmiam, co następuje:
NIE OBCHODZI MNIE, CZY KOMUŚ PRZESZKADZA, ŻE CHODZĘ Z GŁOWĄ W CHMURACH. NIE BĘDĘ ZA TO NIKOGO PRZEPRASZAĆ. NIE MAM ZAMIARU RÓWNIEŻ CZUĆ SIĘ Z TEGO POWODU WINNA. TAKĄ MAM KONSTRUKCJĘ GŁOWY WYSOKOPIENNĄ I JUŻ. CHODZENIA Z GŁOWĄ W CHMURACH NIE UWAŻAM ZA GODNĄ POTĘPIENIA WADĘ POSTAWY, CHOĆ CZASEM TA FORMA IŚCIA PRZEZ ŻYCIE W ISTOCIE UTRUDNIA KONTAKT Z RZECZYWISTOŚCIĄ. UTRUDNIA, ALE NIE UNIEMOŻLIWIA. OBIAD NA STOLE JAK TRZEBA TO JEST. POSPRZĄTANE TEŻ JEST. CZASEM. JESTEM TEŻ DZIĘKI CHMUROGŁOWIU KANAŁEM KOMUNIKACYJNYM MIĘDZY ZIEMIĄ A NIEBEM. WIĘC NAJMOCNIEJ CIĘ PROSZĘ, SPOŁECZEŃSTWO, WEŹ SIĘ ODWAL. NIE WYTYKAJ MI I NIE IMPUTUJ. BO MAM GŁOWĘ W CHMURACH I JESTEM PONAD TO.
Dziękuję.
W sumie dziś jest taki dzień, że jestem introwertyczna, a ten wpis idzie mi jak klasyczna krew z nosa. Znowu się coś tam wszystko zmieniło a ja siedzę i patrzę z tych chmur.
miałam zrobić korekty. nie robię. miałam skończyć licencjata pisać. nie kończę. miałam szukać mieszkania. nie poszukałam. miałam napisać tego posta, ale jakoś tak mi tak mi tak mi smutno tak, że chyba nawet tego nie zrobię.
Więc jeśli, Kochany Czytelniku, masz w sobie empatii nić, uratuj mój honor i dokończ ten wpis za mnie.
Aha, Gosię dziś spotkałam jak szła do dajchmana, ale nie pamiętam po co.
Oj jak mi smutno. Oj bardzo. oj.
Kto dokończy wpis, ten wygrywa raciborskiego pilsa albo inne miodowe.
a ja tak łatwopalna ściągam głowę z chmury i w kimonko cisnę. Nie będę z tym smutkiem siedziała.
Aha, blog jest z deczka lajfstajlowy, znaczy trzeba coś o jedzeniu jeszcze dodać.
no dobra.
jadłam dziś dobre, zwietrzałe czipsy pringelsy.
Je pourrais être capable de parler les langues des hommes et celles des anges, mais si je n’ai pas l’amour, mes discours ne sont rien de plus qu’un tambour bruyant ou qu’une cloche qui résonne. Je pourrais avoir le don de transmettre des messages reçus de Dieu, je pourrais posséder toute la connaissance et comprendre tous les secrets, je pourrais avoir toute la foi nécessaire pour déplacer des montagnes, mais si je n’ai pas d’amour, je ne suis rien. Je pourrais distribuer tous mes biens et même livrer mon corps pour être brûlé, mais si je n’ai pas d’amour, cela ne me sert de rien.
Dziś znowu usłyszałam, że chodzę wiecznie z głową w chmurach.
W związku z tym, że wielokrotnie już to oskarżenie i wytknięcie w moją stronę od społeczeństwa padło, oznajmiam, co następuje:
NIE OBCHODZI MNIE, CZY KOMUŚ PRZESZKADZA, ŻE CHODZĘ Z GŁOWĄ W CHMURACH. NIE BĘDĘ ZA TO NIKOGO PRZEPRASZAĆ. NIE MAM ZAMIARU RÓWNIEŻ CZUĆ SIĘ Z TEGO POWODU WINNA. TAKĄ MAM KONSTRUKCJĘ GŁOWY WYSOKOPIENNĄ I JUŻ. CHODZENIA Z GŁOWĄ W CHMURACH NIE UWAŻAM ZA GODNĄ POTĘPIENIA WADĘ POSTAWY, CHOĆ CZASEM TA FORMA IŚCIA PRZEZ ŻYCIE W ISTOCIE UTRUDNIA KONTAKT Z RZECZYWISTOŚCIĄ. UTRUDNIA, ALE NIE UNIEMOŻLIWIA. OBIAD NA STOLE JAK TRZEBA TO JEST. POSPRZĄTANE TEŻ JEST. CZASEM. JESTEM TEŻ DZIĘKI CHMUROGŁOWIU KANAŁEM KOMUNIKACYJNYM MIĘDZY ZIEMIĄ A NIEBEM. WIĘC NAJMOCNIEJ CIĘ PROSZĘ, SPOŁECZEŃSTWO, WEŹ SIĘ ODWAL. NIE WYTYKAJ MI I NIE IMPUTUJ. BO MAM GŁOWĘ W CHMURACH I JESTEM PONAD TO.
Dziękuję.
W sumie dziś jest taki dzień, że jestem introwertyczna, a ten wpis idzie mi jak klasyczna krew z nosa. Znowu się coś tam wszystko zmieniło a ja siedzę i patrzę z tych chmur.
miałam zrobić korekty. nie robię. miałam skończyć licencjata pisać. nie kończę. miałam szukać mieszkania. nie poszukałam. miałam napisać tego posta, ale jakoś tak mi tak mi tak mi smutno tak, że chyba nawet tego nie zrobię.
Więc jeśli, Kochany Czytelniku, masz w sobie empatii nić, uratuj mój honor i dokończ ten wpis za mnie.
Aha, Gosię dziś spotkałam jak szła do dajchmana, ale nie pamiętam po co.
Oj jak mi smutno. Oj bardzo. oj.
Kto dokończy wpis, ten wygrywa raciborskiego pilsa albo inne miodowe.
a ja tak łatwopalna ściągam głowę z chmury i w kimonko cisnę. Nie będę z tym smutkiem siedziała.
Aha, blog jest z deczka lajfstajlowy, znaczy trzeba coś o jedzeniu jeszcze dodać.
no dobra.
jadłam dziś dobre, zwietrzałe czipsy pringelsy.
Je pourrais être capable de parler les langues des hommes et celles des anges, mais si je n’ai pas l’amour, mes discours ne sont rien de plus qu’un tambour bruyant ou qu’une cloche qui résonne. Je pourrais avoir le don de transmettre des messages reçus de Dieu, je pourrais posséder toute la connaissance et comprendre tous les secrets, je pourrais avoir toute la foi nécessaire pour déplacer des montagnes, mais si je n’ai pas d’amour, je ne suis rien. Je pourrais distribuer tous mes biens et même livrer mon corps pour être brûlé, mais si je n’ai pas d’amour, cela ne me sert de rien.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

