Krzysiek mówi, ze jak to słyszy, to jakby słyszał chłopaków z dzielni
nuta z dzielni
a ja siedzę, a ponieważ też poznałam chłopaków z dzielni, to wrzucam.
nie piszę na blogu, bo piszę w licencjacie.
ale Małgośka mnie wywołała.
nic w moim życiu się nie dzieje.
piszę licencjata o angielskich słowach w radiu.
czasem wieczorem piję wino. bez seriali. 30 cm ponad chodnikami. z siłą jak dynamit.
babcia mi dziś przyniosła szeptem jogurt jogobella lajt grejfrut. bo akurat pisałam pracę, nie mogłam być dekoncentrowana.
babcia jest piękna.
jak będę miała dziecko, to sprawię, że będzie piękne jak babcia.
30 centymetrów ponad chodnikami. wracam do pracy. licencjackiej.
chcecie więcej o dzielni? bo mogę. znam.
K.
piątek, 24 maja 2013
czwartek, 23 maja 2013
Między innymi o tym, że za 24 dni będę zdrowsza psychicznie
Tę notkę przeczytalibyście już przed 10 minutami, ale po zalogowaniu się na naszą wspólną pocztę, nie mogłam wyjść z podziwu, jaki motyw Kamila ustawiła. Znaczy tapetę taką na gmailu. Jest taka wakacyjno-romantyczna. No wiecie, jakis tam zachód słońca, plaża... Nie mogłam oderwać wzroku... Wciąż o tym myślę.
Nie wiem natomiast, dlaczego Kamila nic nie pisze. Ja mam usprawiedliwienie. Wciągnął mnie The Good Wife z Hathaway w roli głównej. Znaczy w roli tej idealnej żony, Alice. Szkoda, że gra tylko oczami. Za to Kalinda - matko i córko! - jaka ona piękna i wredna! Mężem tej idealnej jest Mr. Big z Seksu w wielkim mieście, który tutaj siedzi za łapówki i prostytutki. Alice jest prawniczką i jest dobra, przyzwoita i szlachetna, dlatego - jak się pewnie domyślacie - oglądam ten serial ze względu na Kalindę i Biga (który nie jest tu Bigiem - zapomniałam, kim jest!). Kończę pierwszy sezon (więc kiedy miałam pisać posty, hę?) i trochę się martwię, że Alice jeszcze nie zdradziła męża z Willem. Dam im czas do końca drugiego sezonu.
Ach, miałam jeszcze napisać o tym spotkaniu z Mariuszem Szczygłem. Ojacie. Jaki on elokwentny, zabawny, i wspólne zdjęcie, i dedykacja po czesku, i zagadał, że ta kolejka taka długa, i że jest rocznik 66. Ech...
Otwieram mój magiczny kalendarz i liczę. 24 dni. Do wakacji. W tym roku wyjątkowo bardzo mocno nie lubię tego roku szkolnego. Nie znoszę wręcz.
G.
PS Zauważyliście, że nie napisałam nic o książkach?
Nie wiem natomiast, dlaczego Kamila nic nie pisze. Ja mam usprawiedliwienie. Wciągnął mnie The Good Wife z Hathaway w roli głównej. Znaczy w roli tej idealnej żony, Alice. Szkoda, że gra tylko oczami. Za to Kalinda - matko i córko! - jaka ona piękna i wredna! Mężem tej idealnej jest Mr. Big z Seksu w wielkim mieście, który tutaj siedzi za łapówki i prostytutki. Alice jest prawniczką i jest dobra, przyzwoita i szlachetna, dlatego - jak się pewnie domyślacie - oglądam ten serial ze względu na Kalindę i Biga (który nie jest tu Bigiem - zapomniałam, kim jest!). Kończę pierwszy sezon (więc kiedy miałam pisać posty, hę?) i trochę się martwię, że Alice jeszcze nie zdradziła męża z Willem. Dam im czas do końca drugiego sezonu.
Ach, miałam jeszcze napisać o tym spotkaniu z Mariuszem Szczygłem. Ojacie. Jaki on elokwentny, zabawny, i wspólne zdjęcie, i dedykacja po czesku, i zagadał, że ta kolejka taka długa, i że jest rocznik 66. Ech...
Otwieram mój magiczny kalendarz i liczę. 24 dni. Do wakacji. W tym roku wyjątkowo bardzo mocno nie lubię tego roku szkolnego. Nie znoszę wręcz.
G.
PS Zauważyliście, że nie napisałam nic o książkach?
sobota, 18 maja 2013
Że kompromis i że fin de siècle odwołany
Obudziłam się zmęczona, śpiąca i sfrustrowana bezproduktywnością własnego żywota. Pierwszym zadaniem, które mnie przerosło, było otwarcie oczu. Prawą powiekę jeszcze z trudem odklapnęłam, ale dla lewej potrzebowałam silnego bodźca motywacyjnego.
I tak leżąc z jednym okiem otwartym, a drugim zamkniętym, zaczęłam intensywnie szukać w swej głowie jakiejś motywacji, pomysłu, który skłoniłby mnie do tego, żeby wstać i zacząć dzień z przytupem.
I nagle mi się przypomniało, że nie znam jeszcze wyników konkursu poetyckiego w Oleśnie, w którym wzięłam udział i oczekiwałam pierwszego, jakże należnego mi miejsca.
Lewa ma powieczka uniosła się zwiewnie jak skrzydełko motylka, a ja szybciutko w okolicach łóżka odnalazłam swojego laptoczka Halinosława i jeszcze szybciej weszłam na stronę konkursu, żeby dowiedzieć się, że zajęłam pierwsze miejsce. Niestety, życie po raz kolejny utemperowało moje dzikie żądze.
Pierwsze miejsce zajął Czesław MARKIEWICZ ( Zielona Góra ): z utworem:
Badania prenatalne
Drugie: Martyna Łogin ( Łódź ): Morze. to również nie ja.
I gdy już myślałam, że z powodu braku talentów jakichkolwiek spędzę sobotę w łóżku, na znak buntu na powrót zamykając lewe oko, los (albo jurorzy)rzucili mi srebrzystą nić motywacji:
III miejsce: Kamila Besz (Kietrz): jakiś tam wiersz jak się okazuje dwuczęściowy
pomyślałam sobie: o. oooo. ooooooooooo. hmmm. może być.
i teraz tak już przyjęłam w tym łóżku pozycję półleżącą i przemyślawszy tę kwestię, zdecydowałam, że no dobra wstanę. ale łóżka nie ścielę!
PS. Wczoraj z moją współlokatorką Anią przeanalizowałyśmy sprawę schyłku epoki, fin de siecle itd i uznałyśmy, że musimy odwołać te tragiczne wizje ostateczne, bo życie nasze zmienia się, ale się nie kończy, a nowe dopełni. no to tyle. Kończę. Bo wychodzę stąd. Nie będę siedzieć w jakimś pokoju z niezaścielonym łóżkiem.
I tak leżąc z jednym okiem otwartym, a drugim zamkniętym, zaczęłam intensywnie szukać w swej głowie jakiejś motywacji, pomysłu, który skłoniłby mnie do tego, żeby wstać i zacząć dzień z przytupem.
I nagle mi się przypomniało, że nie znam jeszcze wyników konkursu poetyckiego w Oleśnie, w którym wzięłam udział i oczekiwałam pierwszego, jakże należnego mi miejsca.
Lewa ma powieczka uniosła się zwiewnie jak skrzydełko motylka, a ja szybciutko w okolicach łóżka odnalazłam swojego laptoczka Halinosława i jeszcze szybciej weszłam na stronę konkursu, żeby dowiedzieć się, że zajęłam pierwsze miejsce. Niestety, życie po raz kolejny utemperowało moje dzikie żądze.
Pierwsze miejsce zajął Czesław MARKIEWICZ ( Zielona Góra ): z utworem:
Badania prenatalne
Drugie: Martyna Łogin ( Łódź ): Morze. to również nie ja.
I gdy już myślałam, że z powodu braku talentów jakichkolwiek spędzę sobotę w łóżku, na znak buntu na powrót zamykając lewe oko, los (albo jurorzy)rzucili mi srebrzystą nić motywacji:
III miejsce: Kamila Besz (Kietrz): jakiś tam wiersz jak się okazuje dwuczęściowy
pomyślałam sobie: o. oooo. ooooooooooo. hmmm. może być.
i teraz tak już przyjęłam w tym łóżku pozycję półleżącą i przemyślawszy tę kwestię, zdecydowałam, że no dobra wstanę. ale łóżka nie ścielę!
PS. Wczoraj z moją współlokatorką Anią przeanalizowałyśmy sprawę schyłku epoki, fin de siecle itd i uznałyśmy, że musimy odwołać te tragiczne wizje ostateczne, bo życie nasze zmienia się, ale się nie kończy, a nowe dopełni. no to tyle. Kończę. Bo wychodzę stąd. Nie będę siedzieć w jakimś pokoju z niezaścielonym łóżkiem.
piątek, 17 maja 2013
It's the end of an era
Beacie Galant nie spodoba się ten wpis.
Wczoraj przez cały dzień, oprócz lekkiego pojuwenaliowego zamroczenia, towarzyszyło mi nieodpędzalne uczucie, że coś się wkrótce skończy. Próbowałam je zlekceważyć i odganiałam tę natrętną myśl, jednak cały czas brzęczała mi w głowie. Mimo to jakoś tam kulałam przez ten dzień, lekceważąc intuicję, gdy nagle na fejsie napisała do mnie Ania: czuję nadchodzący schyłek epoki.
i łubudu, jak w mordę strzelił. Co dwa przeczucia- to nie jedno.
Teraz jest piątkowe wczesne przedpołudnie, spokojne, wyciszone w domu Babci Stefci. Ptaszek se ćwierka za oknem, drzewa eksplodują zielenią, Stefan dyskutuje o bardzo ważnych rzeczach z moim bratem, a pod moją skórą pulsuje zmiana.
Rozglądam się uważnie, niby wszystko jest, jak było: taki sam bałagan na biurku od lat, który potrafi ogarnąć jedynie Aneta Jadzyn z moich studiów w Opolu koleżanka najlepsza, książki, chusty, fatałaszki, notatki.
Zadzwoniłam do Ani, żeby sprawdzić, czy naprawdę istnieje.
Potem zadzwoniłam do pani z konsulatu, żeby się dowiedzieć, czy wniosek wizowy wypełniłam dobrze, to było dla mnie wczoraj najbardziej stresujące wydarzenie, bardziej nawet stresujące niż prowadzenie wernisażu wystawy Mykoli Dzhychki na Końcu Świata.
Zjadłam kanapki z pomidorem i chrzanem, chleb słonecznikowy.
Zaraz coś tu eksploduje w tym spokoju. I nie tylko dlatego, że nie potrafię znaleźć paszportu, a będzie mi potrzebny w Petersburgu.
Coś się kończy, idzie nowe.
Zawsze w takich sytuacjach czuję się sama jedna we wszechświecie.
Idę na pocztę w tej samojedności. Szkoda, że nie samodzielności. aaaaaaaa, piosenka.
brzoskwiniowy mus
K.
Ps. Galant, wybacz mi. Dwa lata robiłam.
Wczoraj przez cały dzień, oprócz lekkiego pojuwenaliowego zamroczenia, towarzyszyło mi nieodpędzalne uczucie, że coś się wkrótce skończy. Próbowałam je zlekceważyć i odganiałam tę natrętną myśl, jednak cały czas brzęczała mi w głowie. Mimo to jakoś tam kulałam przez ten dzień, lekceważąc intuicję, gdy nagle na fejsie napisała do mnie Ania: czuję nadchodzący schyłek epoki.
i łubudu, jak w mordę strzelił. Co dwa przeczucia- to nie jedno.
Teraz jest piątkowe wczesne przedpołudnie, spokojne, wyciszone w domu Babci Stefci. Ptaszek se ćwierka za oknem, drzewa eksplodują zielenią, Stefan dyskutuje o bardzo ważnych rzeczach z moim bratem, a pod moją skórą pulsuje zmiana.
Rozglądam się uważnie, niby wszystko jest, jak było: taki sam bałagan na biurku od lat, który potrafi ogarnąć jedynie Aneta Jadzyn z moich studiów w Opolu koleżanka najlepsza, książki, chusty, fatałaszki, notatki.
Zadzwoniłam do Ani, żeby sprawdzić, czy naprawdę istnieje.
Potem zadzwoniłam do pani z konsulatu, żeby się dowiedzieć, czy wniosek wizowy wypełniłam dobrze, to było dla mnie wczoraj najbardziej stresujące wydarzenie, bardziej nawet stresujące niż prowadzenie wernisażu wystawy Mykoli Dzhychki na Końcu Świata.
Zjadłam kanapki z pomidorem i chrzanem, chleb słonecznikowy.
Zaraz coś tu eksploduje w tym spokoju. I nie tylko dlatego, że nie potrafię znaleźć paszportu, a będzie mi potrzebny w Petersburgu.
Coś się kończy, idzie nowe.
Zawsze w takich sytuacjach czuję się sama jedna we wszechświecie.
Idę na pocztę w tej samojedności. Szkoda, że nie samodzielności. aaaaaaaa, piosenka.
brzoskwiniowy mus
K.
Ps. Galant, wybacz mi. Dwa lata robiłam.
środa, 15 maja 2013
szybkoooooooo!!!!
Margaret mnie wywołala do odpowiedzi tak prowokacyjnie, że niby obiecalam anię a nie ten tego ale to tylko dlatego że za 6 minut mam serwis informacyjny w radiu nysa samoręcznie zredagowany i samoumysłowo biorąc pod uwagę postępy prac nad pracą licencjcką (bo ja w ogole zarobiona jestem) to nie rzucałam bym z taką lekkością na wiatr słó że to moej ostatnie juwenalia, chybą że podejść do tematu że juwenaila jako święto młodości - no to wtedy by było
i właśnie doskonale Małgorzata skonstatowała, że naszym blogiem chcemy przeciwdziałać niżowi demograficznemu w kraju czytajcie i chodćcie ze sobą do łóżka a ja tymczasem lecę na dół czytać serwis www.nysa.fm zaraz wracam!!!
i właśnie doskonale Małgorzata skonstatowała, że naszym blogiem chcemy przeciwdziałać niżowi demograficznemu w kraju czytajcie i chodćcie ze sobą do łóżka a ja tymczasem lecę na dół czytać serwis www.nysa.fm zaraz wracam!!!
wtorek, 14 maja 2013
O tym, że nabór trwa
Kamila miała napisać o Ani. Jak znam Kamilę, to napisze. Ja mogę tylko wspomnieć, bo też znam Anię, mimo iż ona nie ma konta na fejsbuku. Nie ma, bo ma taką filozofię życiową, że nie będzie mieć. Szanuję ją za to. Poznałyśmy się na naszej raciborskiej alma mater. Właśnie się dowiedziałam, że napisała już pracę licencjacką. W dodatku po rusku. Znaczy: po rosyjsku. Podziwiam ją. Poza tym, to właśnie Ania załatwiła nam "występ" w rodzinnym dyktandzie radlińskim, mimo iż rodziną nie jesteśmy. A już tym bardziej z Radlina!
A tak poza tym (znaczy poza historią Angeliny Jolie, którą żyje cały świat), to byłam dziś na konkursie recytatorskim. Nie, nie występowałam. Kamila też nie. Matko, co ja się wynudziłam... a ile udziwnionych interpretacji się nasłuchałam! Gdyby Szymborska słyszała swojego "Kota w pustym mieszkaniu" (to był hit tego konkursu - kilka osób musiało wyrecytować właśnie to), to myślę, że zrobiłoby się jej przykro. Mnie się za to zrobiło przykro, gdy usłyszałam tekst Janusza Korczaka - wykrzyczany wręcz.
Przy okazji chciałabym zdementować te plotki, że ja jakoby siedzę tylko i czytam. I życia nie mam przez te książki. I że za chwilę to skończę jak Don Kichote albo Emma Bovary (chociaż ona to miała nawet ciekawe życie...). Ja sobie tak czytam tylko od czasu do czasu. A jeżeli chodzi o czytanie... moje młodsze koleżanki ze studiów, Debora i Kamila, powiedziały mi dziś, że codziennie wchodzą na bloga! I nawet w zakładkach mają! Ucieszyłam się strasznie. Bo to jest taka promocja czytelnictwa. Wiecie, jak ta akcja społeczna "Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka". No, to my z Kamilą właśnie taki cel sobie postawiłyśmy. Nie że do łóżka. Tylko, żeby raciborzanie (no dobra, kietrzanie też) zaczęli czytać coś wartościowego. A nie tylko gazetki z oszął.
Z takich bardziej przyziemnych spraw, to jutro są Ostatnie Juwenalia Kamili. Tzn. wiecie... ona jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Jak głosi napis na pewnym płocie: "nabór trwa". Oczywiście nie będzie to jakaś architektura czy automatyka - zbyt wiele perspektyw po takich kierunkach. Człowiek potem jest zawalony robotą. Najlepiej to jakaś socjologia, filologia... żeby fajnie było.
G.
A tak poza tym (znaczy poza historią Angeliny Jolie, którą żyje cały świat), to byłam dziś na konkursie recytatorskim. Nie, nie występowałam. Kamila też nie. Matko, co ja się wynudziłam... a ile udziwnionych interpretacji się nasłuchałam! Gdyby Szymborska słyszała swojego "Kota w pustym mieszkaniu" (to był hit tego konkursu - kilka osób musiało wyrecytować właśnie to), to myślę, że zrobiłoby się jej przykro. Mnie się za to zrobiło przykro, gdy usłyszałam tekst Janusza Korczaka - wykrzyczany wręcz.
Przy okazji chciałabym zdementować te plotki, że ja jakoby siedzę tylko i czytam. I życia nie mam przez te książki. I że za chwilę to skończę jak Don Kichote albo Emma Bovary (chociaż ona to miała nawet ciekawe życie...). Ja sobie tak czytam tylko od czasu do czasu. A jeżeli chodzi o czytanie... moje młodsze koleżanki ze studiów, Debora i Kamila, powiedziały mi dziś, że codziennie wchodzą na bloga! I nawet w zakładkach mają! Ucieszyłam się strasznie. Bo to jest taka promocja czytelnictwa. Wiecie, jak ta akcja społeczna "Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka". No, to my z Kamilą właśnie taki cel sobie postawiłyśmy. Nie że do łóżka. Tylko, żeby raciborzanie (no dobra, kietrzanie też) zaczęli czytać coś wartościowego. A nie tylko gazetki z oszął.
Z takich bardziej przyziemnych spraw, to jutro są Ostatnie Juwenalia Kamili. Tzn. wiecie... ona jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Jak głosi napis na pewnym płocie: "nabór trwa". Oczywiście nie będzie to jakaś architektura czy automatyka - zbyt wiele perspektyw po takich kierunkach. Człowiek potem jest zawalony robotą. Najlepiej to jakaś socjologia, filologia... żeby fajnie było.
G.
poniedziałek, 13 maja 2013
Poranna kawa, piosenka z rurą i niepokój, który się nie przenosi
Awaria krzyża uziemiła mnie nieco, ale nie szkodzi mogę sobie pooglądać internet i zobaczyć, kto umarł oraz że Edyta Olszówka słynna aktorka boi się, że nie umie już kochać. Ja na szczęście jeszcze umiem :D
W kwestii interpunkcji - czasem stawiam przecinki a czasem nie bo wychodzę z założenia że jak ktoś wie gdzie się stawia to nie musi ich stawiać a rybę jeść może nożem i widelcem. Ale co to ja chciałam. No więc uziemiona ze zwichniętą dupką i pleckami se siedzę w internecie, bo na łóżku to już gorzej, i zobaczywszy imejl od Promotora jeszcze go nie otworzyłam bo jak go widzę ten imejl to ręki mi się trzesą i nie umiem trafić interfejsem w linijkę listu.
myśl o pracy licencjackiej rozpostarła mi się na całą przestrzeń głowy, rozniepokoiła, więc w najbliższym czasie oddaję się nadrabianiu zaległości, ale będę tu wpadać i informować o postępach.
piję sobie poranną kawę w tym internecie, patrzę za okno na kwitnące kasztany, ale najważniejsze jest to, że od dziś dzięki uprzejmości mojej przyjaciółki Katarzyny Gierszewskiej-Widoty (pseudonim: Leokatia), znamienitej artystki, piosenkarki, operatorki kamery oraz prezenterki telewizyjnej wielkoformatowego formatu, mam dostęp do piosenki, którą znam w tej wersji od lat trzech, kiedy to z teatrem Tetraedr graliśmy spektakl w Strzesze, "Krzysztofka" i ona to zaśpiewała, a jej mąż grał na tej rurze, znaczy z tych guziczków komputerowych wypuszczał muzykę i ja się zahipnotyzowałam i mówiłam zawsze ej kaśka a zaśpiewaj mi tą piosenkę z rurą bo ta piosenka mi tak jakoś weszła w krew i tak przylgnęła nie wiem jak to powiedzieć może dlatego że ona budzi niepokój ludzi, a ja już mam w sobie niepokój że ta praca licencjacka a ta piosenka też ma niepokój i jak czuję jej niepokój to o swoim zapominam, ale też tak w sumie nie do końca. Moja współlokatorka Ania na przykład właśnie mówi że w niej budzi niepokój ten utwór i cieszy się że taka Kasia jest z Raciborza.
W niniejszym wpisie zanim Państwo sięgną do linka, co jest koniecznością, pragnę, zwrócić Waszą uwagę na wymiar artystyczny poniższego utworu, tak w warstwie wizualnej jak i muzycznej, na niuanse, przebicia, przejścia, na nienakładające się a zarazem budzące nowe znaczenia dźwięki i obrazy, na smaczki, kolory, grymasy twarzy, subtelność i drapieżność oraz ból wszechczasów w minimalistycznej formie czy coś.
hipnotyczno-niepokojąca piosenka z rurą w tle
Kolejny mój wpis będzie o Ani Starzyczny, mojej najlepszej koleżance ze studiów, która już napisała pracę licencjacką.
Z wyrazami szacunku - K.
PS. no dobra, przeczytam tego promocyjnego mejla z zamkniętymi oczami. Bo się boję że promocji do licencjata nie uzyskam.
W kwestii interpunkcji - czasem stawiam przecinki a czasem nie bo wychodzę z założenia że jak ktoś wie gdzie się stawia to nie musi ich stawiać a rybę jeść może nożem i widelcem. Ale co to ja chciałam. No więc uziemiona ze zwichniętą dupką i pleckami se siedzę w internecie, bo na łóżku to już gorzej, i zobaczywszy imejl od Promotora jeszcze go nie otworzyłam bo jak go widzę ten imejl to ręki mi się trzesą i nie umiem trafić interfejsem w linijkę listu.
myśl o pracy licencjackiej rozpostarła mi się na całą przestrzeń głowy, rozniepokoiła, więc w najbliższym czasie oddaję się nadrabianiu zaległości, ale będę tu wpadać i informować o postępach.
piję sobie poranną kawę w tym internecie, patrzę za okno na kwitnące kasztany, ale najważniejsze jest to, że od dziś dzięki uprzejmości mojej przyjaciółki Katarzyny Gierszewskiej-Widoty (pseudonim: Leokatia), znamienitej artystki, piosenkarki, operatorki kamery oraz prezenterki telewizyjnej wielkoformatowego formatu, mam dostęp do piosenki, którą znam w tej wersji od lat trzech, kiedy to z teatrem Tetraedr graliśmy spektakl w Strzesze, "Krzysztofka" i ona to zaśpiewała, a jej mąż grał na tej rurze, znaczy z tych guziczków komputerowych wypuszczał muzykę i ja się zahipnotyzowałam i mówiłam zawsze ej kaśka a zaśpiewaj mi tą piosenkę z rurą bo ta piosenka mi tak jakoś weszła w krew i tak przylgnęła nie wiem jak to powiedzieć może dlatego że ona budzi niepokój ludzi, a ja już mam w sobie niepokój że ta praca licencjacka a ta piosenka też ma niepokój i jak czuję jej niepokój to o swoim zapominam, ale też tak w sumie nie do końca. Moja współlokatorka Ania na przykład właśnie mówi że w niej budzi niepokój ten utwór i cieszy się że taka Kasia jest z Raciborza.
W niniejszym wpisie zanim Państwo sięgną do linka, co jest koniecznością, pragnę, zwrócić Waszą uwagę na wymiar artystyczny poniższego utworu, tak w warstwie wizualnej jak i muzycznej, na niuanse, przebicia, przejścia, na nienakładające się a zarazem budzące nowe znaczenia dźwięki i obrazy, na smaczki, kolory, grymasy twarzy, subtelność i drapieżność oraz ból wszechczasów w minimalistycznej formie czy coś.
hipnotyczno-niepokojąca piosenka z rurą w tle
Kolejny mój wpis będzie o Ani Starzyczny, mojej najlepszej koleżance ze studiów, która już napisała pracę licencjacką.
Z wyrazami szacunku - K.
PS. no dobra, przeczytam tego promocyjnego mejla z zamkniętymi oczami. Bo się boję że promocji do licencjata nie uzyskam.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)