Dobry wieczór...
wróć. coś działo się i podziało się
bez tej piosenki w tle nie czytaj dalej.
Serdecznie dziękuję Aleksandrze Harz i Katarzynie Krawiec za cudowny wieczór, a pewnemu chłopaczkowi, którego spotkałam w Kietrzu, za beznadziejny poranek, który pozwolił mi docenić wartość chwil przepełnionych szczęściem, dobrą energią i zrozumieniem.
Kilka obserwacji, nim zasnę.
O co chodzi z tymi emigranto-imigrantami, że tyle ich na fejsie? Takiej propagandy (zarówno w kierunku pro jak i przeciwnym) dawno nie widziałam, co oznacza tylko jedno - czy tego chcesz czy nie świat zmieni się.
W kinie byłam na przedpremierowym pokazie filmu "Everest". No już zostałam do końca te dwie godziny, chociaż zdenerwowałam się tam po wielokroć jak i Ala na tych typów, co w tym filmie na własne życzenie zginęli apoteotycznie (apoteotycznie - od apoteoza, ale autorka choć czuje, to nie do końca jest pewna co miała na myśli) -
Moi rodzice po filmie mnie wzruszyli swoim telefonem i decyzją i radosną euforią, którą w głosie miała moja mama mówiąc o dużej finansowej szarpocie, której me istnienie jest przyczyną. Long live my parents! ich decyzja oznacza jedno - świat zmieni się.
Czasem wieczorem zasyspiam czując na udach i biodrach mych ciężar śpiącej, silnej i zgrabnej męskiej nogi. Dziś akurat nie, i ta lekkość bytu jest doprawdy nieznośna. Rośnie we mnie spokojna pewność, że świat zmieni się.
wtorek, 8 września 2015
wtorek, 1 września 2015
Dla Czytelników o mocnych nerwach
Dzień dobry... :)
Ostatni raz napisałam tu post (gdyż ten miniblog meganieregularny stracił swą współautorkę Bonk Małgorzatę lata już temu) 25 czerwca. Ale to nie znaczy, że tu nie zaglądałam.
Zaglądałam tu bardzo często i chciałam napisać i zdradzę Wam teraz tytuły postów, które nigdy nie ujrzały światła dziennego, a wciąż figurują w wersjach roboczych:
Every death you take (o przeżywaniu śmierci)
Mam 15 minut (o tym, że miałam 15 minut)
Apetyt rośnie w miarę jedzenia (albo o jedzeniu albo o miłości miało być)
Taka niedziela w sobotę (to na pewno z 15 sierpnia, świeta Wojska Polskiego albo Matki Boskiej Zielnej - bo to jest bardzo otwary blog)
The journey continues (o byciu po śmierci)
Jadę do Warszawy (o tym, że jadę do Warszawy na ślub i będę spała sama w hotelu Gromada)
Miałam ambitne plany je napisać, ale jakoś tak po kilku słowach widziałam... nic. Nawet były pytania od wiernych fanek (tu serdecznie pozdrawiam Annę Obuchowską) Kamila, Kamila, kiedy coś napiszesz, Kamila, jak tam twój talent, Kamila, pokazać ci jak się używa klawiatury i tego typu.
Ale smutek zagościł w mym sercu i smutek objawił się ciszą. Powodem smutku była śmierć mojego dziadka, który tak jak babcia ma Stefanka dostał takiego udaru, który się dokonał. Jak lekarz Wam kiedyś powie: udar się dokonał, to wiedzcie, że to koniec jest, amen, ament, kaplica. U starszych ludzi wywiązuje się jeszcze wówczas mordercze zapalenie płuc. Śmierć następuje po około dwóch, trzech tygodniach.
Te trzy tygodnie nie są przyjemne dla oka i dla serca. Jaki pożytek zatem z obserwacji umierania, pytacie z ciekawością. Nie wiem jaki, odpowiem, Chyba żadnego. Się tak siedzi. Się tak żegna, tak patrzy, te łzy tak płyną. Tak jeszcze ten dziadek umie nawet mówić w czwartek, nawet jeszcze dość wyraźnie. I mówi, Kamilko dziękuję Ci, jesteś wspaniałą wnuczką. I ja go tak obejmuję za głowę i mówię przez te łzy, dziadziuś to ty jesteś wspaniałym dziadkiem i to ja ci dziękuję.. I tak się siedzi i się patrzy na siebie.
A potem w piątek przyjeżdżasz i ten dziadek już nie mówi, nie połyka bo następują jakieś mikroudary. I chce coś powiedzieć, ale nie umie, ale jeszcze walczy, a później go wywalają z tego szpitala, i to zapalenie płuc się pogłębia, paraliż się pogłębia, już się nie rusza już nie mówi nić i te oczy, które już wiedzą, że zgasną, i ta miłość wdzięczność i ból w odchodzącej pokorze i wstyd że nie umie odegnać tej śmierci a jest moim dziadkiem i to wszystko jest w jednym spojrzeniu.
A później przyjeżdża to pieprzone pogotowie i zabierają go jeszcze raz i traci zmysły i tak bardzo cierpi a pielęgniarki mówią niestety dziś jeszcze nie umrze ma za silne serce
A potem drugiego lipca dzwoni mama i mówi dziadek zmarł za dwadzieścia piąta
i to jest tak strasznie smutne
i to jest tak strasznie smutne że brak ci słów
i przez dwa miesiące nie umiesz napisać bloga
Ostatni raz napisałam tu post (gdyż ten miniblog meganieregularny stracił swą współautorkę Bonk Małgorzatę lata już temu) 25 czerwca. Ale to nie znaczy, że tu nie zaglądałam.
Zaglądałam tu bardzo często i chciałam napisać i zdradzę Wam teraz tytuły postów, które nigdy nie ujrzały światła dziennego, a wciąż figurują w wersjach roboczych:
Every death you take (o przeżywaniu śmierci)
Mam 15 minut (o tym, że miałam 15 minut)
Apetyt rośnie w miarę jedzenia (albo o jedzeniu albo o miłości miało być)
Taka niedziela w sobotę (to na pewno z 15 sierpnia, świeta Wojska Polskiego albo Matki Boskiej Zielnej - bo to jest bardzo otwary blog)
The journey continues (o byciu po śmierci)
Jadę do Warszawy (o tym, że jadę do Warszawy na ślub i będę spała sama w hotelu Gromada)
Miałam ambitne plany je napisać, ale jakoś tak po kilku słowach widziałam... nic. Nawet były pytania od wiernych fanek (tu serdecznie pozdrawiam Annę Obuchowską) Kamila, Kamila, kiedy coś napiszesz, Kamila, jak tam twój talent, Kamila, pokazać ci jak się używa klawiatury i tego typu.
Ale smutek zagościł w mym sercu i smutek objawił się ciszą. Powodem smutku była śmierć mojego dziadka, który tak jak babcia ma Stefanka dostał takiego udaru, który się dokonał. Jak lekarz Wam kiedyś powie: udar się dokonał, to wiedzcie, że to koniec jest, amen, ament, kaplica. U starszych ludzi wywiązuje się jeszcze wówczas mordercze zapalenie płuc. Śmierć następuje po około dwóch, trzech tygodniach.
Te trzy tygodnie nie są przyjemne dla oka i dla serca. Jaki pożytek zatem z obserwacji umierania, pytacie z ciekawością. Nie wiem jaki, odpowiem, Chyba żadnego. Się tak siedzi. Się tak żegna, tak patrzy, te łzy tak płyną. Tak jeszcze ten dziadek umie nawet mówić w czwartek, nawet jeszcze dość wyraźnie. I mówi, Kamilko dziękuję Ci, jesteś wspaniałą wnuczką. I ja go tak obejmuję za głowę i mówię przez te łzy, dziadziuś to ty jesteś wspaniałym dziadkiem i to ja ci dziękuję.. I tak się siedzi i się patrzy na siebie.
A potem w piątek przyjeżdżasz i ten dziadek już nie mówi, nie połyka bo następują jakieś mikroudary. I chce coś powiedzieć, ale nie umie, ale jeszcze walczy, a później go wywalają z tego szpitala, i to zapalenie płuc się pogłębia, paraliż się pogłębia, już się nie rusza już nie mówi nić i te oczy, które już wiedzą, że zgasną, i ta miłość wdzięczność i ból w odchodzącej pokorze i wstyd że nie umie odegnać tej śmierci a jest moim dziadkiem i to wszystko jest w jednym spojrzeniu.
A później przyjeżdża to pieprzone pogotowie i zabierają go jeszcze raz i traci zmysły i tak bardzo cierpi a pielęgniarki mówią niestety dziś jeszcze nie umrze ma za silne serce
A potem drugiego lipca dzwoni mama i mówi dziadek zmarł za dwadzieścia piąta
i to jest tak strasznie smutne
i to jest tak strasznie smutne że brak ci słów
i przez dwa miesiące nie umiesz napisać bloga
poniedziałek, 4 maja 2015
Baby to wszystko przeżywają, albo omne animal triste post coitum
Właściwie miałam to wszystko pakować przed przeprowadzką.
Ale odebrałam serię telefonów od przyjaciółek i zauważyłam, że motywem przewodnim w każdym z czterech przypadków byli mężczyźni, więc odłożyłam teraz te wszystkie ręczniki i usiadłam przy komputerze bo mnie wena wziena.
A może raczej refleksja. Panowie, bądźcie dla nas dobrzy na wiosnę, bo wasza lekkość bytu dla kobiecych dusz jest doprawdy nieznośna, tak to widzę!
Niepokojąco rozluźniające się obyczaje sprawiają, że te wszystkie mężczyzny to już sobie myślą, że mogą z kobietami robić, co chcą.
I proszę, jeden się umawia naraz z czterema, myśląc że kłamstwo ma długie nogi. Bo i ma, dopóki szczwany delikwent przez pomyłkę smsa z wyznaniem pożądania seksualnego nie wyśle do Gosi podpisując "....ciebie Kasiu". No to Gosia się za przeproszeniem mocno denerwuje, zrywa natychmiast tę znajomość, ale cała roztrzęsiona za telefon chwyta i dzwoni do mnie! No i wspólnie przez piętnaście minut dochodzimy li i jedynie do wniosku, że kawał dziada plus szybka psychoterapia, co mnie trochę wysiłku jednak kosztuje wznieść się na wyżyny tej domorosłej psychologii podpartej księgami mędrców i doświadczeniem!
A drugi z kolei spędzi namiętną jedną noc przeplataną dobrym jedzeniem i bardzo wysokim uniesieniem, obieca obieca drugą i się nic nie odezwie! I ta dajmy na to Krystyna cała też rozczarowana bo nie musiał się od razu z nią żenić ale jakoś tak powiedzieć, że wyjeżdżam do Pragi na dłużej i nie wrócę! Może jakoś należy określić jasno warunki? No nie wiem, umowę spisać, że jeden raz, a później daję nogę za granicę, albo już się chłopie opanuj i za tę granicę jedź i tam sobie poużywaj w odpowiedniej dla tego instytucji, bo takie na rynku funkcjonują!
Trzeci z kolei na smsa nie odpisze. No niby nic, ale co to za szacunek?! Jak już żeś się chłopie wpakował do łóżka, to weźże przynajmniej łaskawie odpisz co tu i tam, bo jednak jak już zdobyłeś na tyle zaufania kobiecego, że pozwala ci zgłębić jej głębiny, to postaraj się być dżentelmenem także post factum, aby nie powiedzieć post coitum!
Czwarty telefon to nawet natchnął mnie jakimś takim smutnym optymizmem, bo mi Marylka mówi cztery miesiące po rozstaniu, że zrozumiała, że to był błąd i czuje ulgę, spokój czuje i generalnie czuje, że bez chłopa nadal jest całością i sama sobie drugą połówką!
No balsam dla duszy, ale cztery miesiące cierpienia jej i moich zeżartych nerwów, we wspomnieniach, świadomości, podświadomości, ba! nieświadomości!, gdzieś w komórkach macierzystych już się odłożyły. A on tymczasem z zadziwiającą łatwością trzy inne już zbałamucił. Bo dla chłopa zda się, że koniec związku to koniec a dla kobiety... łohoooo! To dopiero początek! Analiz, nadziei, powolnego uświadamiania sobie, że to zamknięte, ale może jednak że nie. No i ten potworny ból fantomowy na początku! Boli mnie chłopak, którego już nie ma!
Panowie, do jasnej Anielki,zwracam się z uprzejmą prośbą, abyście sobie mniej lekceważyli kobiece serca i dusze. Może we dzisiejszych czasach kobietę zdobyć nieco łatwiej, ale to nie znaczy, że można ją tak po prostu wziąć i rzucić jak niedopałek papierosa, choć kobiety łatwo w namiętnościach się spalają.
Trzeba być odpowiedzialnym za to, co się oswoiło, głosi stara mądrość literacka. Więc panowie, bądźcie, na Boga, odpowiedzialni, bo wasza niefrasobliwość nas kobiety kosztuje mnóstwo nerwów, mnóstwo pieniędzy za późniejsze długie terapeutyczne rozmowy telefoniczne, a mnie dodatkowo dużo czasu na te rozmowy i blogowe upomnienia, a przecież miałam pakować stosy rzeczy przed przeprowadzką!
A wy baby - szanujcie się. Bo orgazm fajnie fajnie, mała śmierć, ale żeby ona potem do wielkiej śmierci duszy was nie prowadziła.
Błogosławię Was wszystkich kochani. i wracam do tych ręczników. Dziś będę żyła. Całą noc.
Ale odebrałam serię telefonów od przyjaciółek i zauważyłam, że motywem przewodnim w każdym z czterech przypadków byli mężczyźni, więc odłożyłam teraz te wszystkie ręczniki i usiadłam przy komputerze bo mnie wena wziena.
A może raczej refleksja. Panowie, bądźcie dla nas dobrzy na wiosnę, bo wasza lekkość bytu dla kobiecych dusz jest doprawdy nieznośna, tak to widzę!
Niepokojąco rozluźniające się obyczaje sprawiają, że te wszystkie mężczyzny to już sobie myślą, że mogą z kobietami robić, co chcą.
I proszę, jeden się umawia naraz z czterema, myśląc że kłamstwo ma długie nogi. Bo i ma, dopóki szczwany delikwent przez pomyłkę smsa z wyznaniem pożądania seksualnego nie wyśle do Gosi podpisując "....ciebie Kasiu". No to Gosia się za przeproszeniem mocno denerwuje, zrywa natychmiast tę znajomość, ale cała roztrzęsiona za telefon chwyta i dzwoni do mnie! No i wspólnie przez piętnaście minut dochodzimy li i jedynie do wniosku, że kawał dziada plus szybka psychoterapia, co mnie trochę wysiłku jednak kosztuje wznieść się na wyżyny tej domorosłej psychologii podpartej księgami mędrców i doświadczeniem!
A drugi z kolei spędzi namiętną jedną noc przeplataną dobrym jedzeniem i bardzo wysokim uniesieniem, obieca obieca drugą i się nic nie odezwie! I ta dajmy na to Krystyna cała też rozczarowana bo nie musiał się od razu z nią żenić ale jakoś tak powiedzieć, że wyjeżdżam do Pragi na dłużej i nie wrócę! Może jakoś należy określić jasno warunki? No nie wiem, umowę spisać, że jeden raz, a później daję nogę za granicę, albo już się chłopie opanuj i za tę granicę jedź i tam sobie poużywaj w odpowiedniej dla tego instytucji, bo takie na rynku funkcjonują!
Trzeci z kolei na smsa nie odpisze. No niby nic, ale co to za szacunek?! Jak już żeś się chłopie wpakował do łóżka, to weźże przynajmniej łaskawie odpisz co tu i tam, bo jednak jak już zdobyłeś na tyle zaufania kobiecego, że pozwala ci zgłębić jej głębiny, to postaraj się być dżentelmenem także post factum, aby nie powiedzieć post coitum!
Czwarty telefon to nawet natchnął mnie jakimś takim smutnym optymizmem, bo mi Marylka mówi cztery miesiące po rozstaniu, że zrozumiała, że to był błąd i czuje ulgę, spokój czuje i generalnie czuje, że bez chłopa nadal jest całością i sama sobie drugą połówką!
No balsam dla duszy, ale cztery miesiące cierpienia jej i moich zeżartych nerwów, we wspomnieniach, świadomości, podświadomości, ba! nieświadomości!, gdzieś w komórkach macierzystych już się odłożyły. A on tymczasem z zadziwiającą łatwością trzy inne już zbałamucił. Bo dla chłopa zda się, że koniec związku to koniec a dla kobiety... łohoooo! To dopiero początek! Analiz, nadziei, powolnego uświadamiania sobie, że to zamknięte, ale może jednak że nie. No i ten potworny ból fantomowy na początku! Boli mnie chłopak, którego już nie ma!
Panowie, do jasnej Anielki,zwracam się z uprzejmą prośbą, abyście sobie mniej lekceważyli kobiece serca i dusze. Może we dzisiejszych czasach kobietę zdobyć nieco łatwiej, ale to nie znaczy, że można ją tak po prostu wziąć i rzucić jak niedopałek papierosa, choć kobiety łatwo w namiętnościach się spalają.
Trzeba być odpowiedzialnym za to, co się oswoiło, głosi stara mądrość literacka. Więc panowie, bądźcie, na Boga, odpowiedzialni, bo wasza niefrasobliwość nas kobiety kosztuje mnóstwo nerwów, mnóstwo pieniędzy za późniejsze długie terapeutyczne rozmowy telefoniczne, a mnie dodatkowo dużo czasu na te rozmowy i blogowe upomnienia, a przecież miałam pakować stosy rzeczy przed przeprowadzką!
A wy baby - szanujcie się. Bo orgazm fajnie fajnie, mała śmierć, ale żeby ona potem do wielkiej śmierci duszy was nie prowadziła.
Błogosławię Was wszystkich kochani. i wracam do tych ręczników. Dziś będę żyła. Całą noc.
czwartek, 23 kwietnia 2015
O tym, że systematyczność to klucz do sukcesu
Dzień dobry! <big badda boom!>
Naprawdę z przyjemnością witam się z Państwem i serdecznie wszystkich zachęcam do lektury niniejszego postu. Gros z pewnością będzie żałować po lekturze, twierdząc, że mogli spożytkować ten czas jakoś konstruktywniej, na przykład pastując buty albo obierając ziemniaki, ale kto nie spróbuje, ten nie będzie wiedział.
Dlaczego warto kontynuować lekturę? Choćby dlatego, że postanowiłam zrobić coś w zupełnie nie swoim stylu: przestrzegać interpunkcji, struktur gramatycznych, wielkich i małych liter oraz wszelkich innych form poprawności stylistycznej i jakiej tam jeszcze (nie martwcie się, tylko przez 3 pierwsze akapity!). Człowiek ze wstydem po wielu tygodniach nieobecności zasiada twarzą w twarz z blogiem, a za twarzą bloga przecież z twarzami tysięcy wygłodniałych postów fanów to i wstydzi się bardzo grzechu zaniedbania, którego się dopuścił i wstyd ten choćby poprawną gramatyką zatrzeć próbuje, na rozgrzeszenie jednocześnie licząc...
Państwo tak się zastanawiają co z tym blogiem, co z tym blogiem. Ano leży odłogiem, między innymi dlatego, że zajęłam się bardziej pracą zawodową, gazetę stworzyłam w Kietrzu, pod tytułem "Moja Gmina" (we współpracy ze wspaniałymi koleżankami z referatu, z Marceliną skądś inąd i pod czujnym okiem kierownika ;)), dzieci czasem uczę angielskiego oraz chodzę i przyglądam się światu. Roboty jest, jak widać, dość i to jest na tyle czasochłonne, że brak mi później już tej takiej .... siły... motywacji... weny... ot, i cała kałabania. No ale już nadrabiam, no no.
CZWARTY AKAPIT!
Bo już mnie te normy dusić zaczęły już spomiędzy palców powykrzywiane lepsze formy znaczenia sensy ukryte wyciekać wypuszczać pędy zaczęły już słowa chcą mówić chcą znaczyć inaczej
A chodzi też o to że ja mam taką koleżankę Krystynę i ona do mnie dzwoni i mówi ty normalnie rzuciłam go tego darmozjada już nie będzie mi truł i poznałam takiego innego wiesz fajniejszego i teraz cały czas słucham takiej piosenki kenajlej bajorsajd
a ja mówię czekaj czekaj tej piosenki?
tej ło
a ona mówi nonono!! tej tej! znasz??
a ja mówię no znam stara też mi się podoba fajna jest mogłabym przy niej i też słucham na okrągło ciągle jak durna cały czas se włączam dziesięc razy dziennie
a krystyna mówi nooooo
potem jeszcze powiedziała żebym na razie nikomu nie mówiła że rzuciła tego darmozjada, co jej solennie przyrzekłam i się rozłączyłyśmy z jakiegoś powodu
jaki z tego wniosek?
że darmozjadów trzeba rzucać to raz
że dziewczyny lubią leżeć przy czyimś boku to dwa
że piosenka jest dobra na wszystko a systematyczne jej słuchanie buduje coraz lepsze samopoczucie
the feeling is overwhelming it's much too strong
gdybym mogła jeszcze coś dodać tak całkiem odsłaniając duszę choć boję się bo mniej słów mniej szkód to powiedziałabym że bardzo tęsknię za moją babcią Stefcią tą co umarła na starość na udar który w pełni się dokonał
analizując tę pełnię dokonań udaru ogromnymi pokładami pokory o którą nikt mnie nie podejrzewa a jednak ona jest przyjmuję tę pełnię narzuconą mi z nieba zgadzam się na nieobecność fizyczną na to że tylko w modlitwie w mistycznym zetknięciu się spotkamy że we śnie się do mnie uśmiechnie jasnymi oczyma ale potęgą swej miłości i dobra z góry poprowadzi
już muszę to kończyć bo choć czuję spokój it's much too strong
Jedyne, co jeszcze mogę dodać, to to, że cenię rzemieślników. Uwielbiam rzemieślników. I że dziękuję Marcinowi z telewizji, że określił mnie tym epitetem, bo choć zaniedbuję swe rzemiosło, na nim jeszcze więcej mej nieustannie rozpraszającej się na mnogości cudów życia uwagi skupię.
Naprawdę z przyjemnością witam się z Państwem i serdecznie wszystkich zachęcam do lektury niniejszego postu. Gros z pewnością będzie żałować po lekturze, twierdząc, że mogli spożytkować ten czas jakoś konstruktywniej, na przykład pastując buty albo obierając ziemniaki, ale kto nie spróbuje, ten nie będzie wiedział.
Dlaczego warto kontynuować lekturę? Choćby dlatego, że postanowiłam zrobić coś w zupełnie nie swoim stylu: przestrzegać interpunkcji, struktur gramatycznych, wielkich i małych liter oraz wszelkich innych form poprawności stylistycznej i jakiej tam jeszcze (nie martwcie się, tylko przez 3 pierwsze akapity!). Człowiek ze wstydem po wielu tygodniach nieobecności zasiada twarzą w twarz z blogiem, a za twarzą bloga przecież z twarzami tysięcy wygłodniałych postów fanów to i wstydzi się bardzo grzechu zaniedbania, którego się dopuścił i wstyd ten choćby poprawną gramatyką zatrzeć próbuje, na rozgrzeszenie jednocześnie licząc...
Państwo tak się zastanawiają co z tym blogiem, co z tym blogiem. Ano leży odłogiem, między innymi dlatego, że zajęłam się bardziej pracą zawodową, gazetę stworzyłam w Kietrzu, pod tytułem "Moja Gmina" (we współpracy ze wspaniałymi koleżankami z referatu, z Marceliną skądś inąd i pod czujnym okiem kierownika ;)), dzieci czasem uczę angielskiego oraz chodzę i przyglądam się światu. Roboty jest, jak widać, dość i to jest na tyle czasochłonne, że brak mi później już tej takiej .... siły... motywacji... weny... ot, i cała kałabania. No ale już nadrabiam, no no.
CZWARTY AKAPIT!
Bo już mnie te normy dusić zaczęły już spomiędzy palców powykrzywiane lepsze formy znaczenia sensy ukryte wyciekać wypuszczać pędy zaczęły już słowa chcą mówić chcą znaczyć inaczej
A chodzi też o to że ja mam taką koleżankę Krystynę i ona do mnie dzwoni i mówi ty normalnie rzuciłam go tego darmozjada już nie będzie mi truł i poznałam takiego innego wiesz fajniejszego i teraz cały czas słucham takiej piosenki kenajlej bajorsajd
a ja mówię czekaj czekaj tej piosenki?
tej ło
a ona mówi nonono!! tej tej! znasz??
a ja mówię no znam stara też mi się podoba fajna jest mogłabym przy niej i też słucham na okrągło ciągle jak durna cały czas se włączam dziesięc razy dziennie
a krystyna mówi nooooo
potem jeszcze powiedziała żebym na razie nikomu nie mówiła że rzuciła tego darmozjada, co jej solennie przyrzekłam i się rozłączyłyśmy z jakiegoś powodu
jaki z tego wniosek?
że darmozjadów trzeba rzucać to raz
że dziewczyny lubią leżeć przy czyimś boku to dwa
że piosenka jest dobra na wszystko a systematyczne jej słuchanie buduje coraz lepsze samopoczucie
the feeling is overwhelming it's much too strong
gdybym mogła jeszcze coś dodać tak całkiem odsłaniając duszę choć boję się bo mniej słów mniej szkód to powiedziałabym że bardzo tęsknię za moją babcią Stefcią tą co umarła na starość na udar który w pełni się dokonał
analizując tę pełnię dokonań udaru ogromnymi pokładami pokory o którą nikt mnie nie podejrzewa a jednak ona jest przyjmuję tę pełnię narzuconą mi z nieba zgadzam się na nieobecność fizyczną na to że tylko w modlitwie w mistycznym zetknięciu się spotkamy że we śnie się do mnie uśmiechnie jasnymi oczyma ale potęgą swej miłości i dobra z góry poprowadzi
już muszę to kończyć bo choć czuję spokój it's much too strong
Jedyne, co jeszcze mogę dodać, to to, że cenię rzemieślników. Uwielbiam rzemieślników. I że dziękuję Marcinowi z telewizji, że określił mnie tym epitetem, bo choć zaniedbuję swe rzemiosło, na nim jeszcze więcej mej nieustannie rozpraszającej się na mnogości cudów życia uwagi skupię.
czwartek, 19 lutego 2015
Budzić na wypadek wojny
SOuNdtRaCk:
Svefn-g-englar
Jakoś w roku 1990, gdy miałam lat 6 a mój brat 3, przeprowadzili się nasi rodzice z nami z kawalerki do 3-pokojowego mieszkania. Choć pamięć potrafi płatać różne figle i moja na pewno też to robi kilka wspomnień z tego czasu jest wciąż żywych w mojej głowie. Pamiętam na przykład, że do tego nowego mieszkania przychodzili goście, wśród nich moi dziadkowie i wspólnie oglądaliśmy Dynastię. Pamiętam, że leciały już wówczas reklamowe bloki i kiedy podczas jednego z nich zapytałam swej rodzicielki: "Mamo, a co to jest PODPASKI?", najpierw zapadła głucha cisza, a później doszło do wybuchu śmiechu, który ucięła moja mama krótkim: "Będziesz starsza, to się dowiesz". Miała rację.
Pamiętam, również że z babcią odmawiałam paciorek. Nie pamiętam natomiast co leciało w Dzienniku Telewizyjnym, ale wiem, że musiało to być coś strasznego, bo kiedy połowa rodziny w orszaku odprowadzała mnie do mego własnego, pełnego pięknych zabawek i dużych lalek pokoiku, każdy z uczestników: babcia, babcia druga, mama, dziadek, wujek i tato musieli kolejno obiecać mi, że spełnią moją prośbę, która brzmiała: "Przyrzeknij, że jak będzie wojna, to mnie obudzisz". i Choć każdy z nich ochoczo obiecywał, głaszcząc przy tym po głowie i uśmiechając się, najprawdopodobniej nie do końca wzbudzali moje zaufanie, bo śniło mi się później, że ukrywam się z moimi koleżankami w piwnicach bloku, przemieszczamy się potajemnie sekretnymi przejściami znanymi tylko nam pomiędzy blokami, ba! pomiędzy podwórkami, w asyście owczarków niemieckich, które nie wiadomo już wrogiem były czy przyjacielem.
Nie wiem, jakiej wojny mogłam się wówczas obawiać. Coś musiało być. To wspomnienie wróciło do mne nagle, dziś, podczas korepetycji z angielskiego z panią Wandzią. Pani Wandzia jest ekstra, i to potwierdzają wszyscy na mieście. Nie jest żadną popierdółką i dziś gdy robiła placki ziemniaczane (I make potatoe pancakes, would you want, Kamila?), napomknęła o tym, że ziemniaki trza już w piwnicach na wojnę (potatoes for war) szykować. "Kamila, przepowiednie fatimskie znasz, sama mówiłaś, że Putin ci się śnił, masz jeszcze jakieś wątpliwości, że idzie wojna?" Przy tak postawionej sprawie przestałam wątpliwości mieć jakiekolwiek. Po wszystkim przyszlam do domu i powiedziałam do taty: tato ja się boję wojny, a on powiedział: budzić na wypadek wojny, tak się kiedyś mówiło. (Coś musiało być w moich dziecięcych lękach, jakaś hiperdojrzałość, intuicja, głęboki instynkt samozachowawczy), po czym powiedział, że nie ma co się bać, i że z tymi ziemniakami to już gruba przesada.
Kiedy podzieliłam się moimi obawami w smsie z Krzysiem, totalnie to olał. Wojtek napisał, że mnie obroni, Radek, że ciocia Angela wcieli Opolszczyznę do Niemiec i będzie nam łatwiej, a Odys, że to wszystko to makiawelizm
Polska tym bardziej niemożliwa do zaatakowania
niby tak pocieszali, pocieszali ale czy ich słowa mogą się równać z profetycznym ostrzeżeniem Pani Wandzi? ("What time is it Kamila? It's sex o'clock!")
Moj strach przed wojną jest wielopoziomowy. W związku z mą żalosną sytuacją, życiową - mam pytanie: czy jeśli nie mam ubezpieczenia z powodu mania w pracy umowy o dzieło, to w razie postrzelenia przyjmą mnie do szpitala polowego za darmo? i Czy ktoś będzie w stanie podzielić się ze mną ziemniakami z piwnicy, gdyż ja w ciągu mej hucznej kariery zawodowej nie za dużo uzbierałam, nawet ziemniaków? i Czy skoro jeste taka naprawdę super ekstra świetna uda mi się w końcu znaleźć robotę, w której pracodawca do kuhwy z nędzą wsią, niechętnie ale jednak opłaci zus? tak, no kuhwa - w razie W.
dziękuję za uwagę.
Informuję, ze sama rozpoczęłam intensywne poszukiwania. Obudziłam się. Na wypadek wojny.
Svefn-g-englar
Jakoś w roku 1990, gdy miałam lat 6 a mój brat 3, przeprowadzili się nasi rodzice z nami z kawalerki do 3-pokojowego mieszkania. Choć pamięć potrafi płatać różne figle i moja na pewno też to robi kilka wspomnień z tego czasu jest wciąż żywych w mojej głowie. Pamiętam na przykład, że do tego nowego mieszkania przychodzili goście, wśród nich moi dziadkowie i wspólnie oglądaliśmy Dynastię. Pamiętam, że leciały już wówczas reklamowe bloki i kiedy podczas jednego z nich zapytałam swej rodzicielki: "Mamo, a co to jest PODPASKI?", najpierw zapadła głucha cisza, a później doszło do wybuchu śmiechu, który ucięła moja mama krótkim: "Będziesz starsza, to się dowiesz". Miała rację.
Pamiętam, również że z babcią odmawiałam paciorek. Nie pamiętam natomiast co leciało w Dzienniku Telewizyjnym, ale wiem, że musiało to być coś strasznego, bo kiedy połowa rodziny w orszaku odprowadzała mnie do mego własnego, pełnego pięknych zabawek i dużych lalek pokoiku, każdy z uczestników: babcia, babcia druga, mama, dziadek, wujek i tato musieli kolejno obiecać mi, że spełnią moją prośbę, która brzmiała: "Przyrzeknij, że jak będzie wojna, to mnie obudzisz". i Choć każdy z nich ochoczo obiecywał, głaszcząc przy tym po głowie i uśmiechając się, najprawdopodobniej nie do końca wzbudzali moje zaufanie, bo śniło mi się później, że ukrywam się z moimi koleżankami w piwnicach bloku, przemieszczamy się potajemnie sekretnymi przejściami znanymi tylko nam pomiędzy blokami, ba! pomiędzy podwórkami, w asyście owczarków niemieckich, które nie wiadomo już wrogiem były czy przyjacielem.
Nie wiem, jakiej wojny mogłam się wówczas obawiać. Coś musiało być. To wspomnienie wróciło do mne nagle, dziś, podczas korepetycji z angielskiego z panią Wandzią. Pani Wandzia jest ekstra, i to potwierdzają wszyscy na mieście. Nie jest żadną popierdółką i dziś gdy robiła placki ziemniaczane (I make potatoe pancakes, would you want, Kamila?), napomknęła o tym, że ziemniaki trza już w piwnicach na wojnę (potatoes for war) szykować. "Kamila, przepowiednie fatimskie znasz, sama mówiłaś, że Putin ci się śnił, masz jeszcze jakieś wątpliwości, że idzie wojna?" Przy tak postawionej sprawie przestałam wątpliwości mieć jakiekolwiek. Po wszystkim przyszlam do domu i powiedziałam do taty: tato ja się boję wojny, a on powiedział: budzić na wypadek wojny, tak się kiedyś mówiło. (Coś musiało być w moich dziecięcych lękach, jakaś hiperdojrzałość, intuicja, głęboki instynkt samozachowawczy), po czym powiedział, że nie ma co się bać, i że z tymi ziemniakami to już gruba przesada.
Kiedy podzieliłam się moimi obawami w smsie z Krzysiem, totalnie to olał. Wojtek napisał, że mnie obroni, Radek, że ciocia Angela wcieli Opolszczyznę do Niemiec i będzie nam łatwiej, a Odys, że to wszystko to makiawelizm
ukrainę podzielą i się skończy
Polska tym bardziej niemożliwa do zaatakowanianiby tak pocieszali, pocieszali ale czy ich słowa mogą się równać z profetycznym ostrzeżeniem Pani Wandzi? ("What time is it Kamila? It's sex o'clock!")
Moj strach przed wojną jest wielopoziomowy. W związku z mą żalosną sytuacją, życiową - mam pytanie: czy jeśli nie mam ubezpieczenia z powodu mania w pracy umowy o dzieło, to w razie postrzelenia przyjmą mnie do szpitala polowego za darmo? i Czy ktoś będzie w stanie podzielić się ze mną ziemniakami z piwnicy, gdyż ja w ciągu mej hucznej kariery zawodowej nie za dużo uzbierałam, nawet ziemniaków? i Czy skoro jeste taka naprawdę super ekstra świetna uda mi się w końcu znaleźć robotę, w której pracodawca do kuhwy z nędzą wsią, niechętnie ale jednak opłaci zus? tak, no kuhwa - w razie W.
dziękuję za uwagę.
Informuję, ze sama rozpoczęłam intensywne poszukiwania. Obudziłam się. Na wypadek wojny.
czwartek, 12 lutego 2015
Rozwiązanie konkursu, wyniki, podziękowania, zapowiedzi
Dzień dobry Państwu!
Z przyjemnością informuję, że konkurs z tajemniczym, acz zabawnym cytatem został rozwiązany!
Zanim podam wyniki, pragnę serdecznie podziękować wszystkim pięciu osobom, które wzięły w nim udział. Co prawda, żadna z tych osób nie zrozumiała jasno określonych zasad, ale ważne, że zareagowali (podkreślam - cała piątka!), chcieli wygrać, próbowali....
Przechodząc ostatecznie do wyników, niniejszym oświadczam, że jedyną osobą, która udzieliła poprawnej odpowiedzi, była Kasia Kasowska. Ona jednak od razu zrzekła się nagrody na rzecz wychowywania syna własnego.
Werdykt brzmi, jak poniżej:
Zwyciężczyniami ogłoszonego na blogu lajfstertejntended konkursu zostają niniejszym: użytkowniczka fejsbuka Mar Tyna oraz użytkowniczka fejsbuka Aneta Gorlach! Chociaż żadna z pań nie odgadła zagadki, bo prawidłowa odpowiedź to KAŚKA GJERSZESKA, jednak jury zdecydowało się wręczyć im laury zwycięstwa, bo wykazały się największą inwencją twórczą, determinacją w dążeniu do zdobycia nagrody oraz mniej więcej, a bardziej więcej niż mniej zrozumiały przedstawione - tu się powtórzę: JASNO OKREŚLONE - zasady!
odbiór bezcennej nagrody, jaką jest kawa ze mną oraz autorką cytatu, będzie miał miejsce w najbliższym, pasującym wszystkim osobom dramatu, tfu! konkursu! terminie.
Jeszcze raz serdecznie dziękuję i postanawiam się poprawić.
Kolejny konkurs już wkrótce i od razu nieśmiało, ale też nieskromnie wyznam - liczę na dziesięciu co najmniej uczestników, a nagrody będą nawet jeszcze i cenniejsze!
Z przyjemnością informuję, że konkurs z tajemniczym, acz zabawnym cytatem został rozwiązany!
Zanim podam wyniki, pragnę serdecznie podziękować wszystkim pięciu osobom, które wzięły w nim udział. Co prawda, żadna z tych osób nie zrozumiała jasno określonych zasad, ale ważne, że zareagowali (podkreślam - cała piątka!), chcieli wygrać, próbowali....
Przechodząc ostatecznie do wyników, niniejszym oświadczam, że jedyną osobą, która udzieliła poprawnej odpowiedzi, była Kasia Kasowska. Ona jednak od razu zrzekła się nagrody na rzecz wychowywania syna własnego.
Werdykt brzmi, jak poniżej:
Zwyciężczyniami ogłoszonego na blogu lajfstertejntended konkursu zostają niniejszym: użytkowniczka fejsbuka Mar Tyna oraz użytkowniczka fejsbuka Aneta Gorlach! Chociaż żadna z pań nie odgadła zagadki, bo prawidłowa odpowiedź to KAŚKA GJERSZESKA, jednak jury zdecydowało się wręczyć im laury zwycięstwa, bo wykazały się największą inwencją twórczą, determinacją w dążeniu do zdobycia nagrody oraz mniej więcej, a bardziej więcej niż mniej zrozumiały przedstawione - tu się powtórzę: JASNO OKREŚLONE - zasady!
odbiór bezcennej nagrody, jaką jest kawa ze mną oraz autorką cytatu, będzie miał miejsce w najbliższym, pasującym wszystkim osobom dramatu, tfu! konkursu! terminie.
Jeszcze raz serdecznie dziękuję i postanawiam się poprawić.
Kolejny konkurs już wkrótce i od razu nieśmiało, ale też nieskromnie wyznam - liczę na dziesięciu co najmniej uczestników, a nagrody będą nawet jeszcze i cenniejsze!
środa, 4 lutego 2015
Kolano i konkurs
Mój szanowny sąsiad, uznany na świecie zapaśnik Dawid, kilka miesięcy temu musiał przerwać karierę sportową z powodu poważnej kontuzji kolana. Do kariery jeszcze wróci, bo to mężczyzna silny, zdeterminowany, a przy tym niezwykle uprzejmy i uważny. Jednak nie o walorach ducha sąsiada chciałam pisać, a o kolanie. Nie jego też, a moim. I krętych ścieżkach potęgi umysłu.
Ostatnimi czasy, często spotykając Dawida na oficjalnych uroczystościach albo mijając go na klatce schodowej lub odśnieżającego samochód, dostrzegłam, że bardzo szybko powraca do formy, bo juź chodzi, już bez kul, już bez utykania. Potem w moim krnąbrnym umyśle zaczęły pojawiać się myśli o kolanach jako części ciała, która jest wrażliwa i może sprawić wiele kłopotów. Co stało się dalej?
12 dni temu w piątek wchodząc po pracy po schodach do bratanka mego na tych schodach wyrżnęłam jak długa na całej ich długości uderzając kolanem w kant stopnia. Kiedy tydzień później ból w miarę ustąpił, w to samo miejsce walnęłam napakowaną po brzegi walizką na kółkach. Kiedy 6 dni później ból w miarę ustąpił, wczoraj wieczorem podbiegł do mnie ogromny pies kolegi i przeciął mi smyczą drogę, podcinając nogi. w zwolnionym tempie obserwowałam jak moje kolana kieruje się ku twardej zmarzniętej ziemi.
Obecnie leżę w łóżku i czekam aż ból w miarę ustąpi.
Przyglądam się też dziwnej guli,która wystaje mi tylko z jednego kolana. Tego bardziej otwartego na bolesny kontakt ze światem. Jestem sparaliżowana myślą, że już zaraz muszę wstać i IŚĆ na korepetycje, napotykając na swej ścieżce różne schody, chodniki, budynki, murki, zwierzęta na smyczach lub podróżnych z walizkami.
Czy ktoś mi powie, kto leczy wielokrotnie potłuczone kolana? <#łajza #wyje #kolano #zczymdoświata #idźsięleczyć #psychiatra>
Aha, mam konkurs. Kto zgadnie kto jest autorem poniższych refleksji zachęcających mnie do pisania mojego bloka, tego zapraszam na kawę mrożoną do Piotrusia w ten weekend. Wygrywają dwie pierwsze osoby, które podadzą imię i nazwisko autora poniższego motywującego przemówienia. Konkurs trwa do piątku do godziny 12:00. (Jeżeli autor poniższych refleksji będzie miał czas również pójdzie z nami na tę kawę!) Odpowiedzi w formie słowa JA!A a poźniej w kilku słowach dlaczego stawiamy na tę osobę, proszę przysyłać w komentarzach na fanpejdżu mojego bloga na fejsie, a samo imię i nazwisko autora w wiadomości prywatnej. Ogłoszenie wyników nastąpi w piątek. Dwie pierwsze poprawne odpowiedzi wygrywają. w skład ławy jurorskiej wchodzę ja i autor. Dodam, że autor to osoba znana (jak ja), lubiana (nie jak ja), zdolna (bardziej niż ja), mówiąca językami ludzi i aniołów (jak ja ale innymi). Mam go/ją w znajomych na fejsie. znamy się od 15 lat. CZAS START!
Cytat:
Ostatnimi czasy, często spotykając Dawida na oficjalnych uroczystościach albo mijając go na klatce schodowej lub odśnieżającego samochód, dostrzegłam, że bardzo szybko powraca do formy, bo juź chodzi, już bez kul, już bez utykania. Potem w moim krnąbrnym umyśle zaczęły pojawiać się myśli o kolanach jako części ciała, która jest wrażliwa i może sprawić wiele kłopotów. Co stało się dalej?
12 dni temu w piątek wchodząc po pracy po schodach do bratanka mego na tych schodach wyrżnęłam jak długa na całej ich długości uderzając kolanem w kant stopnia. Kiedy tydzień później ból w miarę ustąpił, w to samo miejsce walnęłam napakowaną po brzegi walizką na kółkach. Kiedy 6 dni później ból w miarę ustąpił, wczoraj wieczorem podbiegł do mnie ogromny pies kolegi i przeciął mi smyczą drogę, podcinając nogi. w zwolnionym tempie obserwowałam jak moje kolana kieruje się ku twardej zmarzniętej ziemi.
Obecnie leżę w łóżku i czekam aż ból w miarę ustąpi.
Przyglądam się też dziwnej guli,która wystaje mi tylko z jednego kolana. Tego bardziej otwartego na bolesny kontakt ze światem. Jestem sparaliżowana myślą, że już zaraz muszę wstać i IŚĆ na korepetycje, napotykając na swej ścieżce różne schody, chodniki, budynki, murki, zwierzęta na smyczach lub podróżnych z walizkami.
Czy ktoś mi powie, kto leczy wielokrotnie potłuczone kolana? <#łajza #wyje #kolano #zczymdoświata #idźsięleczyć #psychiatra>
Aha, mam konkurs. Kto zgadnie kto jest autorem poniższych refleksji zachęcających mnie do pisania mojego bloka, tego zapraszam na kawę mrożoną do Piotrusia w ten weekend. Wygrywają dwie pierwsze osoby, które podadzą imię i nazwisko autora poniższego motywującego przemówienia. Konkurs trwa do piątku do godziny 12:00. (Jeżeli autor poniższych refleksji będzie miał czas również pójdzie z nami na tę kawę!) Odpowiedzi w formie słowa JA!A a poźniej w kilku słowach dlaczego stawiamy na tę osobę, proszę przysyłać w komentarzach na fanpejdżu mojego bloga na fejsie, a samo imię i nazwisko autora w wiadomości prywatnej. Ogłoszenie wyników nastąpi w piątek. Dwie pierwsze poprawne odpowiedzi wygrywają. w skład ławy jurorskiej wchodzę ja i autor. Dodam, że autor to osoba znana (jak ja), lubiana (nie jak ja), zdolna (bardziej niż ja), mówiąca językami ludzi i aniołów (jak ja ale innymi). Mam go/ją w znajomych na fejsie. znamy się od 15 lat. CZAS START!
Cytat:
"czekam na ten blok
Chociaż to moze być fajny smaczek ajkeczer (ang. Eye i Catch) ze chyta oko.. Tzn. Widza chyta, czytacza. Chyba. Taka impretacja
Ja
mam dziure w zembie mądrości. tak. od tych mądrości. Ale sie boje iś
dokonać ekstrakcji. Bo mam mało miejsca w buzi a ten zomp daleko i ja
nie uczymam w tym otwarciu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)