warning: to jest bardzo nudny wpis.
Dziś znowu usłyszałam, że chodzę wiecznie z głową w chmurach.
W związku z tym, że wielokrotnie już to oskarżenie i wytknięcie w moją stronę od społeczeństwa padło, oznajmiam, co następuje:
NIE OBCHODZI MNIE, CZY KOMUŚ PRZESZKADZA, ŻE CHODZĘ Z GŁOWĄ W CHMURACH. NIE BĘDĘ ZA TO NIKOGO PRZEPRASZAĆ. NIE MAM ZAMIARU RÓWNIEŻ CZUĆ SIĘ Z TEGO POWODU WINNA. TAKĄ MAM KONSTRUKCJĘ GŁOWY WYSOKOPIENNĄ I JUŻ. CHODZENIA Z GŁOWĄ W CHMURACH NIE UWAŻAM ZA GODNĄ POTĘPIENIA WADĘ POSTAWY, CHOĆ CZASEM TA FORMA IŚCIA PRZEZ ŻYCIE W ISTOCIE UTRUDNIA KONTAKT Z RZECZYWISTOŚCIĄ. UTRUDNIA, ALE NIE UNIEMOŻLIWIA. OBIAD NA STOLE JAK TRZEBA TO JEST. POSPRZĄTANE TEŻ JEST. CZASEM. JESTEM TEŻ DZIĘKI CHMUROGŁOWIU KANAŁEM KOMUNIKACYJNYM MIĘDZY ZIEMIĄ A NIEBEM. WIĘC NAJMOCNIEJ CIĘ PROSZĘ, SPOŁECZEŃSTWO, WEŹ SIĘ ODWAL. NIE WYTYKAJ MI I NIE IMPUTUJ. BO MAM GŁOWĘ W CHMURACH I JESTEM PONAD TO.
Dziękuję.
W sumie dziś jest taki dzień, że jestem introwertyczna, a ten wpis idzie mi jak klasyczna krew z nosa. Znowu się coś tam wszystko zmieniło a ja siedzę i patrzę z tych chmur.
miałam zrobić korekty. nie robię. miałam skończyć licencjata pisać. nie kończę. miałam szukać mieszkania. nie poszukałam. miałam napisać tego posta, ale jakoś tak mi tak mi tak mi smutno tak, że chyba nawet tego nie zrobię.
Więc jeśli, Kochany Czytelniku, masz w sobie empatii nić, uratuj mój honor i dokończ ten wpis za mnie.
Aha, Gosię dziś spotkałam jak szła do dajchmana, ale nie pamiętam po co.
Oj jak mi smutno. Oj bardzo. oj.
Kto dokończy wpis, ten wygrywa raciborskiego pilsa albo inne miodowe.
a ja tak łatwopalna ściągam głowę z chmury i w kimonko cisnę. Nie będę z tym smutkiem siedziała.
Aha, blog jest z deczka lajfstajlowy, znaczy trzeba coś o jedzeniu jeszcze dodać.
no dobra.
jadłam dziś dobre, zwietrzałe czipsy pringelsy.
Je pourrais être capable de parler les langues des hommes et celles des anges, mais si je n’ai pas l’amour, mes discours ne sont rien de plus qu’un tambour bruyant ou qu’une cloche qui résonne. Je pourrais avoir le don de transmettre des messages reçus de Dieu, je pourrais posséder toute la connaissance et comprendre tous les secrets, je pourrais avoir toute la foi nécessaire pour déplacer des montagnes, mais si je n’ai pas d’amour, je ne suis rien. Je pourrais distribuer tous mes biens et même livrer mon corps pour être brûlé, mais si je n’ai pas d’amour, cela ne me sert de rien.
środa, 28 sierpnia 2013
wtorek, 20 sierpnia 2013
O tym, że wiem, jak się czują ludzie na emigracji...
Po ponad tygodniu pobytu w Pradze, złapałam internet. Trochę nielegalnie. Złapałam też trochę wolnego czasu. I tak siedzę z laptopem w hotelu, w którym nie mieszkam, czekam aż pani recepcjonistka zorientuje się, że ja nie stąd i mnie wyrzuci. Z sentymetu wchodzę na naszego bloga, czytam notkę Kamili i... zatęskniłam. Normalnie zatęskniłam za Raciborzem. Nie żeby mi tu było źle! Ale jestem TAK zmęczona... nie potrafię tego opisać.
Oczywiście, Praga jest cudowna, a Czesi wspaniali. Miałam okazję poznać młodą, czeską pisarkę (coś jak Kamila, oczywiście nie tak dobra jak Kamila, ale prawie...), byłam w teatrze lalek, płynęłam statkiem i spotkałam się ze scenarzystą filmu "Gorejący krzew" (tego wiecie, Agnieszki Holland, o Palachu). No i oczywiście uczę się tego czeskiego - codziennie. Nawet zadania domowe mam.
Jednak najbardziej interesujący są tutaj ludzie. Z całego świata. Z Brazylii, Australii, Korei, Afganistanu... i oni wszyscy uczą się czeskiego!!! Więc, jeżeli jeszcze raz ktoś mnie zapyta, po co uczę się tego śmiesznego języka, to... no naprawdę, znajdę argument!
G.
Oczywiście, Praga jest cudowna, a Czesi wspaniali. Miałam okazję poznać młodą, czeską pisarkę (coś jak Kamila, oczywiście nie tak dobra jak Kamila, ale prawie...), byłam w teatrze lalek, płynęłam statkiem i spotkałam się ze scenarzystą filmu "Gorejący krzew" (tego wiecie, Agnieszki Holland, o Palachu). No i oczywiście uczę się tego czeskiego - codziennie. Nawet zadania domowe mam.
Jednak najbardziej interesujący są tutaj ludzie. Z całego świata. Z Brazylii, Australii, Korei, Afganistanu... i oni wszyscy uczą się czeskiego!!! Więc, jeżeli jeszcze raz ktoś mnie zapyta, po co uczę się tego śmiesznego języka, to... no naprawdę, znajdę argument!
G.
piątek, 9 sierpnia 2013
znalazłam czas. Sound of emptiness in my head.
ha! i dopiero teraz zauważyłam, że przystąpiłam w piątek do napisania tego bloga, to znaczy posta, dumnie i pysznie zadeklarowałam bycie w stanie posiadania czasu, po czym w pośpiechu opublikowałam tę beztreściową deklarację i poszłam sobie.
hmmm.
znalazłam czas, ale nie do końca dam sobie włosy uciąć za to, czy znalazłam pomysł na treść tego wpisu.
zawsze gdy jadę z Nysy, to mam na ten przykład pomysłów mnóstwo, bo trasa tryskająca zielenią i błękitem i słońcem jest inspirująca. ale gdy wysiadam z auta i wpadam w wir poza jazdą to ta wena mnie opuszcza.
może dlatego, że nie mam już osobistego tryskającego energią impresario, który mnie motywował w sytuacjach pozaautowych.
no i teraz nie wiem co napisać, a lud wygłodniały czeka.
mam rzucić jakieś postowe ochłapy?
może się streszczę po bożemu:
1. moja Babcia Stefan ma dziś urodziny.
2. fajny film dzisiaj widziałam. szwedzki czy tam jakiś inny skandynawski. "nieściszalni" miał tytuł, po szwedzku to będzie "Sound of noise".
wyprodukowali go ci od "Jabłek Adama", który to film też był rewelacyjny, więc jak ktoś widział "Jabłka" i polubił, to "Soundem" będzie też zachwycony. A jak ktoś nie widział "Jabłek" to niech poogląda! Ale to koniecznie!
3. Rzeczywiście, jestem na tych dwóch zdjęciach na wystawie w RCI. ma szczęście te zdjęcia są bardzo małe. i choć ja jestem bardzo gruba, to nie do końca mnie widać. aha, jeśli ktoś nie był na tej wystawie, to niech koniecznie idzie! Raciborskie Centrum Informacji, ul. Długa, Racibórz! Autor - Grzegorz Pinior. pomagierzy - współorganizatorzy Czarna Mamba, tfu! Czarna Magda od wiśni w spirytusie i Michał, którego specyfikacji zajęć przy tworzeniu wystawy nie posiadam, ale też się chłop narobił!
4. Co ja, mała gruba Kamila robię na tych zdjęciach o ludziach Odry, się zastanawiacie. No normalnie, jestem ludziem Odry i występuję na fotografii. A raz to nawet płynęłam kajakiem. takim gumowym. Spłynęłam kajakiem rzekę Morawicę ale nie całą, bo musiałam jechać po auto, żeby z góry zwieźć.
Ale powiem tak - kontrować się nauczyłam w 39 sekund. I uwielbiłam to pływanie tym kajakiem, a raczej tą gumową łódką kanadyjką.
Jesteś ty, woda, natura, drzewa, absolutna koncentracja, wyciszenie. I symbioza z wodą. I musisz słuchać tej rzeki, dać się jej prowadzić, a jednocześnie nie dać się wyprowadzić na manowce albo w te chaszcze przy tych brzegach. Zaufać wodzie, a jednocześnie być pokornym. Można sobie z nią pożartować, ale nie można wykpić.
I tak sobie płyniesz, machasz wiosłem, zapatrzasz w dal, woda migoce tysiącem świateł, ptaszki latają, drzewa szumią, potęga natury rozpościera a serce roście, słychać szum, śpiew ptactwa, no i od czasu do czasu krzyk tego pana z tobą co płynie: Kamila! No kontruj kurwa! Kamień kurwa! Uważaj!"
Bo to była taka dwuosobowa łódka kanadyjka z gumy.
Z mojego dotychczasowego pływania po rzece wynika, że ta osoba co siedzi z przodu to macha tym wiosłem jak szalona ocierając pot z czoła, a zadaniem tej osoby z tyłu jest właśnie mówić: no płyń, płyń, machasz wiosłem, kontruj dalej dalej mała, do roboty!, i patrzeć na nagie ciała innych pań w kajakach od czasu do czasu przepływających obok. A to wiosło, co ma ta druga osoba, to bardziej pełni funkcję ozdobną chyba, jest też symbolem władzy, jak trójząb u Posejdona czy coś. Więc mój osobisty Posejdon ze swoimi komendami spisał się znakomicie, raz tylko wylądowaliśmy na drzewie, raz na kamieniu, raz szalenie pokręciliśmy się na wartkim jazie, ale wywrotki żadnej nie było. Bo Posejdon się bał, że się wystraszę, jak wpadnę do rzeki. I tak się o mnie zatroszczył. I to był naprawdę super spływ. W bardzo pięknych okolicznościach przyrody. I bosko było w tej wodzie. I na brzegach też.
I ja właśnie zatęskniłam za rzeką.
I teraz w tym momencie zatęskniłam za moją impresario.
I w ogóle to kończę, bo jak nie mam impresario to mi się już tu wcale nic pisać nie chce.
hmmm.
znalazłam czas, ale nie do końca dam sobie włosy uciąć za to, czy znalazłam pomysł na treść tego wpisu.
zawsze gdy jadę z Nysy, to mam na ten przykład pomysłów mnóstwo, bo trasa tryskająca zielenią i błękitem i słońcem jest inspirująca. ale gdy wysiadam z auta i wpadam w wir poza jazdą to ta wena mnie opuszcza.
może dlatego, że nie mam już osobistego tryskającego energią impresario, który mnie motywował w sytuacjach pozaautowych.
no i teraz nie wiem co napisać, a lud wygłodniały czeka.
mam rzucić jakieś postowe ochłapy?
może się streszczę po bożemu:
1. moja Babcia Stefan ma dziś urodziny.
2. fajny film dzisiaj widziałam. szwedzki czy tam jakiś inny skandynawski. "nieściszalni" miał tytuł, po szwedzku to będzie "Sound of noise".
wyprodukowali go ci od "Jabłek Adama", który to film też był rewelacyjny, więc jak ktoś widział "Jabłka" i polubił, to "Soundem" będzie też zachwycony. A jak ktoś nie widział "Jabłek" to niech poogląda! Ale to koniecznie!
3. Rzeczywiście, jestem na tych dwóch zdjęciach na wystawie w RCI. ma szczęście te zdjęcia są bardzo małe. i choć ja jestem bardzo gruba, to nie do końca mnie widać. aha, jeśli ktoś nie był na tej wystawie, to niech koniecznie idzie! Raciborskie Centrum Informacji, ul. Długa, Racibórz! Autor - Grzegorz Pinior. pomagierzy - współorganizatorzy Czarna Mamba, tfu! Czarna Magda od wiśni w spirytusie i Michał, którego specyfikacji zajęć przy tworzeniu wystawy nie posiadam, ale też się chłop narobił!
4. Co ja, mała gruba Kamila robię na tych zdjęciach o ludziach Odry, się zastanawiacie. No normalnie, jestem ludziem Odry i występuję na fotografii. A raz to nawet płynęłam kajakiem. takim gumowym. Spłynęłam kajakiem rzekę Morawicę ale nie całą, bo musiałam jechać po auto, żeby z góry zwieźć.
Ale powiem tak - kontrować się nauczyłam w 39 sekund. I uwielbiłam to pływanie tym kajakiem, a raczej tą gumową łódką kanadyjką.
Jesteś ty, woda, natura, drzewa, absolutna koncentracja, wyciszenie. I symbioza z wodą. I musisz słuchać tej rzeki, dać się jej prowadzić, a jednocześnie nie dać się wyprowadzić na manowce albo w te chaszcze przy tych brzegach. Zaufać wodzie, a jednocześnie być pokornym. Można sobie z nią pożartować, ale nie można wykpić.
I tak sobie płyniesz, machasz wiosłem, zapatrzasz w dal, woda migoce tysiącem świateł, ptaszki latają, drzewa szumią, potęga natury rozpościera a serce roście, słychać szum, śpiew ptactwa, no i od czasu do czasu krzyk tego pana z tobą co płynie: Kamila! No kontruj kurwa! Kamień kurwa! Uważaj!"
Bo to była taka dwuosobowa łódka kanadyjka z gumy.
Z mojego dotychczasowego pływania po rzece wynika, że ta osoba co siedzi z przodu to macha tym wiosłem jak szalona ocierając pot z czoła, a zadaniem tej osoby z tyłu jest właśnie mówić: no płyń, płyń, machasz wiosłem, kontruj dalej dalej mała, do roboty!, i patrzeć na nagie ciała innych pań w kajakach od czasu do czasu przepływających obok. A to wiosło, co ma ta druga osoba, to bardziej pełni funkcję ozdobną chyba, jest też symbolem władzy, jak trójząb u Posejdona czy coś. Więc mój osobisty Posejdon ze swoimi komendami spisał się znakomicie, raz tylko wylądowaliśmy na drzewie, raz na kamieniu, raz szalenie pokręciliśmy się na wartkim jazie, ale wywrotki żadnej nie było. Bo Posejdon się bał, że się wystraszę, jak wpadnę do rzeki. I tak się o mnie zatroszczył. I to był naprawdę super spływ. W bardzo pięknych okolicznościach przyrody. I bosko było w tej wodzie. I na brzegach też.
I ja właśnie zatęskniłam za rzeką.
I teraz w tym momencie zatęskniłam za moją impresario.
I w ogóle to kończę, bo jak nie mam impresario to mi się już tu wcale nic pisać nie chce.
O tym, że już jesień i liście lecą...
Napisała do mnie Kamila, że jesień już i że palą chwasty w sadach. Nie widujemy się często, więc każdy kontakt jest na wagę złota. Piękna ta jesień w tym roku. Gdy patrzę na zachmurzone niebo, to oczami wyobraźni widzę siebie w moich fantastycznych, kolorowych kaloszach.
Więc ja się tam cieszę z tej jesieni. Jedyne co mnie martwi, to promocje w hipermarketach. W normalnych marketach zresztą też. Wiecie, zaraz przy wejściu, zawsze wystawioy jest towar "na czasie". I gdy kończy się lipiec, to oni wystawiają zeszyty, plecaczki, ołówki i mazaczki. No szlag by to trafił! W lipcu! Wchodzę do takiego sklepu i już jestem wkurzona! Nie ma nic gorszego dla nauczyciela niż widok zeszytów z nazwami przedmiotów w lipcu!!! Tak, wiem, mamy sierpień. Ale ja od dwóch tygodni chodzę poirytowana. I gdy jeszcze, nie daj Boże, przy tych koszyczkach z promocjami zobaczę jakiegoś ucznia...
Ale wracając do Kamili, bo to ona miała pisac notkę. Jej kolej. Ale zapracowana jest. Kursuje między Nysą, Raciborzem, Kietrzem, a ostatnio nawet Bohuminem - ma klawe życie, codziennie jakaś przygoda (każdy, kto zna Kamilę, wie, że w jej przypadku przygoda = codzienność). Kąpała się też w Odrze, co zostało uwiecznione na wystawie fotograficznej w RCI "Jak to ongiś na Odrze bywało". Zapraszam. Na tejże wystawie przekonywano, że Odra jest czysta i śmiało można się kąpać. Nie powiem, zdjęcie Kamili też przekonuje. Więc sprawdziłam. Minęło ponad 48 godzin - nie mam wysypki, nic mnie nie swędzi (oprócz 20 ukąszeń komarów na jednej nodze). Woda w Odrze nadaje się do kąpieli.
A teraz muszę zacząć się pakować do tej Pragi, do której wcale nie chcę jechać, choć Ania EL twierdzi, że jak się nie chce jechać, to potem jest fajnie. Taka myśl życiowa. Druga, jaką dziś usłyszałam i zapamiętałam. Pierwsza brzmiała tak: "Sekret polega na umiejętnym dawkowaniu siebie kobietom. Kobieta nienasycona mężczyzną to kobieta stęskniona" napisał Grzegorz.
Że też mi nie przyjdzie nigdy do głowy żadna mądra myśl...
G.
PS Nie wiecie, co u Rojal Bejbi?
Więc ja się tam cieszę z tej jesieni. Jedyne co mnie martwi, to promocje w hipermarketach. W normalnych marketach zresztą też. Wiecie, zaraz przy wejściu, zawsze wystawioy jest towar "na czasie". I gdy kończy się lipiec, to oni wystawiają zeszyty, plecaczki, ołówki i mazaczki. No szlag by to trafił! W lipcu! Wchodzę do takiego sklepu i już jestem wkurzona! Nie ma nic gorszego dla nauczyciela niż widok zeszytów z nazwami przedmiotów w lipcu!!! Tak, wiem, mamy sierpień. Ale ja od dwóch tygodni chodzę poirytowana. I gdy jeszcze, nie daj Boże, przy tych koszyczkach z promocjami zobaczę jakiegoś ucznia...
Ale wracając do Kamili, bo to ona miała pisac notkę. Jej kolej. Ale zapracowana jest. Kursuje między Nysą, Raciborzem, Kietrzem, a ostatnio nawet Bohuminem - ma klawe życie, codziennie jakaś przygoda (każdy, kto zna Kamilę, wie, że w jej przypadku przygoda = codzienność). Kąpała się też w Odrze, co zostało uwiecznione na wystawie fotograficznej w RCI "Jak to ongiś na Odrze bywało". Zapraszam. Na tejże wystawie przekonywano, że Odra jest czysta i śmiało można się kąpać. Nie powiem, zdjęcie Kamili też przekonuje. Więc sprawdziłam. Minęło ponad 48 godzin - nie mam wysypki, nic mnie nie swędzi (oprócz 20 ukąszeń komarów na jednej nodze). Woda w Odrze nadaje się do kąpieli.
A teraz muszę zacząć się pakować do tej Pragi, do której wcale nie chcę jechać, choć Ania EL twierdzi, że jak się nie chce jechać, to potem jest fajnie. Taka myśl życiowa. Druga, jaką dziś usłyszałam i zapamiętałam. Pierwsza brzmiała tak: "Sekret polega na umiejętnym dawkowaniu siebie kobietom. Kobieta nienasycona mężczyzną to kobieta stęskniona" napisał Grzegorz.
Że też mi nie przyjdzie nigdy do głowy żadna mądra myśl...
G.
PS Nie wiecie, co u Rojal Bejbi?
wtorek, 23 lipca 2013
między innymi o tym, że kejt już urodziła...
To tak. Zacznę od tego, że wróciłam. Wróciłam do kraju i jako osoba ciekawa świata, otwieram onet. A tam... że Polki masowo kupują zużyte (używane?) testy ciążowe z wynikiem pozytywnym. Ceny wahają się od 5 do 50 zł. Wchodzę na allegro i... znajduję takie za 70 zł. Gdyby ktos był zainteresowany, to proszę: http://allegro.pl/listing/listing.php?string=test+ci%C4%85%C5%BCowy+pozytywny
Z sieci dowiedziałam się też, że Kejt w końcu urodziła swego pierworodnego i że ludzie ocipieli z tego powodu. Moja koleżanka, też Kejt, też urodziła, i też syna, ale aż do tego stopnia nikt nie ocipiał. A Tymek na pewno jest milion razy ładniejszym dzieckiem, niż jakiś tam Angol... pff...
A tak poza tym, robię to, co lubię (piekę ciasta, gotuję obiady...) i nie muszę pracować. Żyć, nie umierać. Właśnie zrobiłam TAKIE naleśniki, że po prostu brakuje mi słów na to, żeby opisać to, jaka jestem świetna. Już wiem, że jeżeli mnie wywalą z roboty (póki co, nic na to nie wskazuje, ale wiecie... nigdy nic nie wiadomo), to zostanę kucharką.
Pewnie chcecie wiedzieć, jak było w Bułgarii. No, niestety, nie mogę napisać, bo musiałabym się uzewnętrznić, a nie do tego miał służyć ten blog. Napiszę tylko, że poznałam wspaniałych ludzi i że po raz kolejny w życiu przekonałam się, że nie można oceniać ludzi po pozorach. I że nie każdy nadaje się do pracy z młodzieżą. A ja to bardzo lubię (więc jeżeli kucharka, to tylko na stołówce szkolnej!). Tej jednej książki, którą zabrałam, przeczytać nie zdążyłam, co chyba świadczy o tym, że było mi tam cudownie...
Ale Bułgaria, jako kraj, totalnie mnie rozczarowała. Nigdy nie wybrałabym się tam na wakacje. Wam też nie polecam.
W związku z tym wyjazdem, pojawiło mi się kilka nowych planów i perspektyw, całkiem interesujących. No ale najpierw muszę pojechać do Pragi i nauczyć się biegle mówić po czesku. Tak, wiem - brzmi niezbyt przekonująco. Sama w to nie wierzę. Dziś, gdy rozmawiałam z Anną Wu o życiu (tak, czasem rozmawiamy poważnie), zdałam sobie sprawę z tego, że najgorsze, co może mnie spotkać w Pradze, to poznanie fajnych ludzi, bo wtedy na pewno się niczego nie nauczę.
Martwi mnie ta mała liczba wejść na bloga. Co z Wami? Przecież nie tak się umawialiśmy! Mieliście wchodzić kilka razy dziennie, bo a nuż napiszemy coś wspaniałego. Jak mamy przegonić Kasię Tusk? (a to nasz priorytet!) Tym bardziej, że wczoraj ktoś mi napisał, że na naszym blogu jest ciekawie, dowcipnie i inspirująco! I nie był to byle kto!!!
Ha! Inspirująco!
G.
Z sieci dowiedziałam się też, że Kejt w końcu urodziła swego pierworodnego i że ludzie ocipieli z tego powodu. Moja koleżanka, też Kejt, też urodziła, i też syna, ale aż do tego stopnia nikt nie ocipiał. A Tymek na pewno jest milion razy ładniejszym dzieckiem, niż jakiś tam Angol... pff...
A tak poza tym, robię to, co lubię (piekę ciasta, gotuję obiady...) i nie muszę pracować. Żyć, nie umierać. Właśnie zrobiłam TAKIE naleśniki, że po prostu brakuje mi słów na to, żeby opisać to, jaka jestem świetna. Już wiem, że jeżeli mnie wywalą z roboty (póki co, nic na to nie wskazuje, ale wiecie... nigdy nic nie wiadomo), to zostanę kucharką.
Pewnie chcecie wiedzieć, jak było w Bułgarii. No, niestety, nie mogę napisać, bo musiałabym się uzewnętrznić, a nie do tego miał służyć ten blog. Napiszę tylko, że poznałam wspaniałych ludzi i że po raz kolejny w życiu przekonałam się, że nie można oceniać ludzi po pozorach. I że nie każdy nadaje się do pracy z młodzieżą. A ja to bardzo lubię (więc jeżeli kucharka, to tylko na stołówce szkolnej!). Tej jednej książki, którą zabrałam, przeczytać nie zdążyłam, co chyba świadczy o tym, że było mi tam cudownie...
Ale Bułgaria, jako kraj, totalnie mnie rozczarowała. Nigdy nie wybrałabym się tam na wakacje. Wam też nie polecam.
W związku z tym wyjazdem, pojawiło mi się kilka nowych planów i perspektyw, całkiem interesujących. No ale najpierw muszę pojechać do Pragi i nauczyć się biegle mówić po czesku. Tak, wiem - brzmi niezbyt przekonująco. Sama w to nie wierzę. Dziś, gdy rozmawiałam z Anną Wu o życiu (tak, czasem rozmawiamy poważnie), zdałam sobie sprawę z tego, że najgorsze, co może mnie spotkać w Pradze, to poznanie fajnych ludzi, bo wtedy na pewno się niczego nie nauczę.
Martwi mnie ta mała liczba wejść na bloga. Co z Wami? Przecież nie tak się umawialiśmy! Mieliście wchodzić kilka razy dziennie, bo a nuż napiszemy coś wspaniałego. Jak mamy przegonić Kasię Tusk? (a to nasz priorytet!) Tym bardziej, że wczoraj ktoś mi napisał, że na naszym blogu jest ciekawie, dowcipnie i inspirująco! I nie był to byle kto!!!
Ha! Inspirująco!
G.
piątek, 19 lipca 2013
kto nadaje, kto nie nadaje. się.
Dawno nas tu nie było, więc ja, Kamila, ratuję bloggersko-pisarski honor obu autorek tego bloga. Znaczy, próbę ratowania podejmuję, jednocześnie siedząc w pracy i pisząc wiadomości w radiu i malując paznokcie na kolor red wine nr 342.
Wiele się zdarzyło przez ten czas.
Gośka się opaliła w Bułgarii i proces ten wciąż trwa.
Ja miałam urodziny i zapalenie pęcherza. Takie uro-dziny, można powiedzieć.
Moja impresario spektakularnie zrezygnowała z funkcji, bo coś musi się dziać.
Beata Galant kupiła ślubną sukienkę, Aneta Jadzyn piękny samochód.
Krzysiek jest najbardziej twórczym prezesem, jakiego znam i honor dotychczas znanych mi prezesów ratuje.
ZARA WRACAM MUSZE ZREDAGOWAĆ NJUS BO JUŻ CZAS
dobra, jestem.
co to jeszcze się zadziało?
Leokatia, moja brzemienna koleżanka, nakręciła piękny film o innej koleżance z ważnego momentu w w życiu jej. się wzruszyłem. pokażę czemu, bez uprzedniej konsultacji z autorką ni bohaterami.
wisienka na Migdauowym torciku
ZACHĘCAM DO OGLĄDANIA, JA IDE SZYBKO CZYTNĄĆ SERWIS, BO 7 30 SIĘ ZBLIŻA. ZARA BEDE.
dobra, jestem. co to tm jeszcze.
moja czcigodna Stefanka zrobiła sobie remont.
a ja ciągle mam jakieś przeczucia zmian, a zmienia się wszystko i ciągle jak w kalejdoskopie.
i tylko jedno mnie martwi co jest już ostatecznie zdiagnozowane na wielu płaszczyznach:
PŁASZCZYZNA I - ZNAJOMI Z INTERNETU: wiele osób w życzeniach mi życzyło ogarnięcia.
PŁASZCZYZNA II - ZNAJOMI Z REALNOŚCI - mówią do mnie często: dzioucho, tyś jes potracono!
PŁASZCZYZNA III - STEFANKA: zerknęła na mnie dogłębnie, westchnęła i ze zmartwieniem orzekła dnia pewnego: Kamilko, ja się martwię o ciebie. ty się nie nadajesz do tego świata.
DIAGNOZA: nie nadaję się do tego świata. that's official.
Wiele się zdarzyło przez ten czas.
Gośka się opaliła w Bułgarii i proces ten wciąż trwa.
Ja miałam urodziny i zapalenie pęcherza. Takie uro-dziny, można powiedzieć.
Moja impresario spektakularnie zrezygnowała z funkcji, bo coś musi się dziać.
Beata Galant kupiła ślubną sukienkę, Aneta Jadzyn piękny samochód.
Krzysiek jest najbardziej twórczym prezesem, jakiego znam i honor dotychczas znanych mi prezesów ratuje.
ZARA WRACAM MUSZE ZREDAGOWAĆ NJUS BO JUŻ CZAS
dobra, jestem.
co to jeszcze się zadziało?
Leokatia, moja brzemienna koleżanka, nakręciła piękny film o innej koleżance z ważnego momentu w w życiu jej. się wzruszyłem. pokażę czemu, bez uprzedniej konsultacji z autorką ni bohaterami.
wisienka na Migdauowym torciku
ZACHĘCAM DO OGLĄDANIA, JA IDE SZYBKO CZYTNĄĆ SERWIS, BO 7 30 SIĘ ZBLIŻA. ZARA BEDE.
dobra, jestem. co to tm jeszcze.
moja czcigodna Stefanka zrobiła sobie remont.
a ja ciągle mam jakieś przeczucia zmian, a zmienia się wszystko i ciągle jak w kalejdoskopie.
i tylko jedno mnie martwi co jest już ostatecznie zdiagnozowane na wielu płaszczyznach:
PŁASZCZYZNA I - ZNAJOMI Z INTERNETU: wiele osób w życzeniach mi życzyło ogarnięcia.
PŁASZCZYZNA II - ZNAJOMI Z REALNOŚCI - mówią do mnie często: dzioucho, tyś jes potracono!
PŁASZCZYZNA III - STEFANKA: zerknęła na mnie dogłębnie, westchnęła i ze zmartwieniem orzekła dnia pewnego: Kamilko, ja się martwię o ciebie. ty się nie nadajesz do tego świata.
DIAGNOZA: nie nadaję się do tego świata. that's official.
czwartek, 4 lipca 2013
pożal się Boże impresario
wszędzie są te komary.
wszędzie.
stopy ociekają mi krwią i bąblami od ich zmasowanych ataków w parkach i ogródkach piwnych tudzież winnicach.
ale nie tylko one tak potrafią krwi napsuć.
ta moja współlolatorka, która śmie się nazywać moim IMPRESARIOOOO, to też umie. ugryźć.
dogryźć duszę na śmierć
na lewą stronę przenicowaną przetrzeć przez tarkę do czosnku jak ząbek potrzebny do grzanek czosnkowych.
może jest w tym jakiś głębszy sens bo grzanki czosnkowe bez czosnku mijają się z celem i obchodzą się smakiem a ona ta moja współlokatorka (nie napiszę że ma na imię Ania bo nie będę o niej na złość jej pisać) to mówi że jestem arystką i ja muszę czuć jakiś tam weltszmerc czy inne szmelce. czyli chyba chodzi o to jej że muszę na mej duszy mieć starty czosnek i ona tę duszę jak czosnek przeciorała właśnie komentarzem telefonicznym: nie chce mi sie z tobą gadać bo jesteś nudna.
bo że ja do niej zadzwoniłam 5 razy bo byłam samotna w nysie.
a ona mówi że ona nie będzie ze mną mieszkała bo nie mieszka z jakimiś osobami co raz w miesiącu wiersza o niej nie napiszą albo na blogu nie wspomną.
bo że ona jest moim impresario, pożal się boże. i ona dba o moj rozwoj.
a teraz siedzi gdzieś na dzielni i pije winne trunki, podczas gdy ja w nysie czekam na dzień roboczy i opracowuję plan kariery duchowej, czyli takiej która da mi spełnienie zawodowe i osobiste.
Impresario, impresario.
Boże jaki piękny wieczór.
idę spać bo muszę wstać o 5:24.
a poza tym nie mogę skazywać się na towarzystwo osób tak nudnych jak ja,
w moim nyskim pokoiku lata komar. pewnie impresario go wysłała, żeby mi nie pozwolił zasnąć, dopóki nie napiszę o niej wierszyka.
a proszę ja ciebie bardzo:
"Impresario"
w pewnym mieście na obrzeżach dzielnicy
żył impresario rumianolicy
na kwiatkach się znał
rysował ryneczki
nie docenił nudnej współlokatoreczki
a teraz w rynsztoku samotny leży i kwiczy.
i to jest prawdziwe haiku z dzielni.
idę spać w pokoju zakonnika.
moim domem jest świat, powiedział kiedyś Krzysiek.
moim też. wtedy mam więcej współlokatorów. i większe szanse, że któryś z nich będzie uprzejmym impresario! ;D
i love you hunny bunny! :D
dobranoc. bo mi impresario każe spać przed północą. w trosce o utrzymanie się na wyżynach intelektu.
wszędzie.
stopy ociekają mi krwią i bąblami od ich zmasowanych ataków w parkach i ogródkach piwnych tudzież winnicach.
ale nie tylko one tak potrafią krwi napsuć.
ta moja współlolatorka, która śmie się nazywać moim IMPRESARIOOOO, to też umie. ugryźć.
dogryźć duszę na śmierć
na lewą stronę przenicowaną przetrzeć przez tarkę do czosnku jak ząbek potrzebny do grzanek czosnkowych.
może jest w tym jakiś głębszy sens bo grzanki czosnkowe bez czosnku mijają się z celem i obchodzą się smakiem a ona ta moja współlokatorka (nie napiszę że ma na imię Ania bo nie będę o niej na złość jej pisać) to mówi że jestem arystką i ja muszę czuć jakiś tam weltszmerc czy inne szmelce. czyli chyba chodzi o to jej że muszę na mej duszy mieć starty czosnek i ona tę duszę jak czosnek przeciorała właśnie komentarzem telefonicznym: nie chce mi sie z tobą gadać bo jesteś nudna.
bo że ja do niej zadzwoniłam 5 razy bo byłam samotna w nysie.
a ona mówi że ona nie będzie ze mną mieszkała bo nie mieszka z jakimiś osobami co raz w miesiącu wiersza o niej nie napiszą albo na blogu nie wspomną.
bo że ona jest moim impresario, pożal się boże. i ona dba o moj rozwoj.
a teraz siedzi gdzieś na dzielni i pije winne trunki, podczas gdy ja w nysie czekam na dzień roboczy i opracowuję plan kariery duchowej, czyli takiej która da mi spełnienie zawodowe i osobiste.
Impresario, impresario.
Boże jaki piękny wieczór.
idę spać bo muszę wstać o 5:24.
a poza tym nie mogę skazywać się na towarzystwo osób tak nudnych jak ja,
w moim nyskim pokoiku lata komar. pewnie impresario go wysłała, żeby mi nie pozwolił zasnąć, dopóki nie napiszę o niej wierszyka.
a proszę ja ciebie bardzo:
"Impresario"
w pewnym mieście na obrzeżach dzielnicy
żył impresario rumianolicy
na kwiatkach się znał
rysował ryneczki
nie docenił nudnej współlokatoreczki
a teraz w rynsztoku samotny leży i kwiczy.
i to jest prawdziwe haiku z dzielni.
idę spać w pokoju zakonnika.
moim domem jest świat, powiedział kiedyś Krzysiek.
moim też. wtedy mam więcej współlokatorów. i większe szanse, że któryś z nich będzie uprzejmym impresario! ;D
i love you hunny bunny! :D
dobranoc. bo mi impresario każe spać przed północą. w trosce o utrzymanie się na wyżynach intelektu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
