sobota, 11 maja 2013

O tym, że trzeba mieć przy sobie talizman na szczęście

Miała być Kamila. Jednakże nie wiadomo, gdzie się podziewa i czy ma dostęp... Toteż ja, w międzyczasie, zabawię Państwa.

Już druga osoba zapytała mnie dziś o to, czy nie przytrafiło mi się coś złego ostatnio, bo skoro musiałam jechać po zaświadczenie o niekaralności... Już spieszę z wyjaśnieniem. Nic złego (chociaż, kto to wie!). Otóż pracę dostałam. Trzecią czy czwartą - nie wiem, straciłam rachubę. I w tej pracy to teraz takie wymogi, że muszę być niekarana. Na szczęście nie byłam. Nie jestem.

Przy okazji wycieczki do Gliwic, przeżyłam przygodę (zmartwiłabym się, gdyby wszystko poszło jak po maśle). W gliwickim sądzie pracują ludzie naprawdę z powołania. Największe wrażenie zrobił na mnie pan ochroniarz. Ledwie przekroczyłam próg, rzucił żartem i poprosił o położenie torebki na taśmę celem sprawdzenia. Ja - jak pewnie wiecie, osoba obyta - też rzucam żartem i torebką na tę taśmę. Nad taśmą zaczyna coś migać. Pan poważnieje i mówi, że musi przełożonego wezwać, aby zajrzeć do tej torebki. Ja, że nie trzeba, otworzę mu i pokażę. No i się zaczęło... Otóż dziwnym (naprawdę dziwnym!) zbiegiem okoliczności okazało się, że mam w torebce młotek. Taki zwykły. Obrazki do ściany przybijałam i miałam go oddać, ale nie było okazji, więc od 4 dni nosiłam go w torebce. Teraz to już pan ochroniarz MUSIAŁ wezwać przełożonego. Zrobiło mi się gorąco. Próbowałam jeszcze zażartować, że przecież takim młotkiem to nie można człowieka zabić... Na szczęście pan przełożony był wyrozumiały. Pozwolił mi wejść do gmachu sądu, jednak młotek musiałam zostawić. Otrzymałam go przy wyjściu.

Samo wydanie świstka trwało 2 minuty. Bardzo miła pani zdążyła mi oświadczyć, iż pracuje tam już tyle lat, że mogłaby te zaświadczenia wydawać na podstawie spoglądania ludziom w oczy. I pewnie w 95% by się nie pomyliła - w tym momencie zajrzała mi prosto w oczy. O młotku pewnie jeszcze nie słyszała.

Wracając z Gliwic, całą drogę zastanawiałam się, czy takim młotkiem to można coś zdziałać.
Potem przypomniało mi się, że w czasie rozmowy o pracę też miałam go w torebce. I że w takim razie przyniósł mi szczęście. Talizman taki mój. W poniedziałek zabiorę go na test z angielskiego.

A wczoraj mój kolega podróżnik, Leszek, powiedział, że w Gliwicach jest Złoty Osioł na ulicy Kłodnickiej i naprawdę dobre jedzenie mają.

G.

niedziela, 5 maja 2013

Dla Agnieszki Bu-Ja oraz Kasi Gie-Leokadii-Wu

W niniejszym poście prezentuję swoją pierwszą próbę literacką sprzed trzech lat albo nie wiem ilu bo nie chce mi się tego obliczać. Daty znajdują się w załączniku poniżej. Osoby o słabych nerwach uprzedzam - to akurat NIE BĘDZIE LITERATURA. poniższy twór słowny w żaden również sposób nie próbuje wydrwić twórczości Tadeusza Różewicza, którego bardzo szanuję. Poniższy twór słowny jest jedynie ostatecznym i niezbitym dowodem na to, że i jak bardzo jestem durniem.

oto retrospekcja:


Impresja II

Jeśli Tadeusz Różewicz składa słowa w myśli, to ja też na pewno mogę
szukam nauczyciela i mistrza
I patrzę na wiersz
(będę uczyć się poezji od starszych)

Tadeusz:

Wtorek 23 kwietnia
113 dzień 2002 roku

(wniosek obserwatora: o poezji stanowi zwyczajność, a więc)

Ja:
Niedziela 18 lipca
Nie wiem który dzień roku 2010
Bo mi się zepsuł modem do Internetu i nie mogę sprawdzić w wikipedii

(rozbuchana zwyczajność urasta do rangi mitu)

Tadeusz dalej:

Dzisiaj
Mam dzień wolny

Słucham jak pada deszcz
Czytam wiersze
Staffa i Tuwima

Ja:
Dzisiaj
Mam dzień wolny

Słucham jak pada deszcz
(w szyby dzwoni melancholia)
Jem startą marchewkę
Z lekarską precyzją
Wydobywam i umieszczam słowa na
Wirtualnej kartce

Dziękuję Bogu
Że do pójscia do pracy
która jest zdeformowaną formą pustą
Mam jeszcze aż
17 godzin

piątek, 3 maja 2013

Was up all night. Got lucky.

Dokonanie kolejnego wpisu o niczym zakrawa już na bezczelną zuchwałość i zuchwałą bezczelność, ale zaryzykuję.

Na początku przestrzegam wszystkich podróżujących na trasie Rybnik - Racibórz: wzmożony ruch w czasie majowego weekendu utrudnia poruszanie się po drogach powiatu, intensywne opady deszczu ograniczają widoczność, atakujące spod kół baseny kałuż całkowicie tę widoczność niwelują, w domach przy odbiornikach radiowo-telewizyjnych radzimy pozostać szczególnie ślepym kierowcom samochodów marki dełutiko terenowe fioletowe, którym z powodu deszczu zamazują się granice pasów jezdni, poboczy, lasu, zlewają się w jeden strumień kolory świateł sygnalizacyjnych i jadą oni ci kierowcy porzucając wszelką nadzieję oddając się pod opiekę Krzysztofa świętego myśląc dlaczego ja i czy to już Racibórz czy jeszcze ocean niespokojny

Jak jechałam wczoraj z Nysy (mniemam iż trasa w kierunku Nysy wygląda podobnie i wiedziona tym mniemaniem nie polecam), to w radiu leciała taka fajna piosenka, a że radio było czeskie, to z obawy przed niezrozumieniem (Małgorzata ze mną nie jechała), postanowiłam zapamiętać tekst i szybko później w domu wygugliłam i okazało się, że to nowy Daft Punk w wersji let's dance:

get lucky!

bardzo inspirujący utwór. polecam na nocne tańce. można naprawdę get lucky.

Jak jeszcze jechałam wczoraj z Nysy, między Laskowicami, a jakąś tam inną miejscowością, tak w połowie drogi, gdzie było już kilka kilometrów do zamieszkałych terenów i wte i wewte, zobaczyłam nagle majaczącą w oddali sylwetkę w odblaskowej kamizelce. pomyślałam, że policja i już serce mocniej mi zabiło. Zbliżając się, okazało się, że nie policja, ale mimo to serce biło mi jeszcze mocniej. Postacią w odblaskowej kamizelce był około 40-letni mężczyzna, z bardzo widocznym niedowładem prawej części ciała, swą lewą część ciała opierający na drewnianej lasce. Niedowład ten był efektem przeżytego udaru mózgu, a wiem bo mój dziadek też chodzi w ten sposób. I ten poudarowy, odblaskowy mężczyzna miał w pasie przewiązany sznurek, jakby linkę holowniczą, na której końcu znajdował się taki taczko-wózek. I ten pan ten wózek tak ciągnął swoim chorym ciałem, nie wiem skąd, nie wiem ile szedł, ale był daleko od zabudowań, a do następnych zabudowań ja przejechałam jeszcze 4 kilometry. Jak sobie to przypominam, serce mi bije za każdym razem mocniej, niż przed policją.

PS. Wiele osób mnie pyta, czy naprawdę uważam, że nazwa bloga: LAJF ASTERTENTEJTENDED jest chwytliwa. No więc - uważam.

K.

o tym, że lepiej nie wzdychać, a biegać!

Stoję przed drugą pseudo barierką (przed pierwszą stałam krótko, tylko 10 minut) i czekam aż raciborscy maratończycy przebiegną to, co mają przebiec. (Nie, wcale się nie denerwowałam... byłam ciepło ubrana, w samochodzie, inni mieli gorzej.) Obok stoi policjant pilnujący. Jako osoba obyta i kulturalna, zagaduję:
- Długo jeszcze?
- Kto to wie? Ja już straciłem rachubę... Biegać im się zachciało. Zamiast usiąść z rodziną przed telewizorem...
- No, albo książkę poczytać...
- Nie, wie pani, dziś już nikt nie czyta.
- A. No tak.
- Ooo! - pan policjant się uśmiecha i macha do biegnącego - Prezydent biegnie! Widzi pani, jemu to się chce.
- Wiceprezydent też biegnie, też mu się chce.
- Taa... ale innemu to by się nie chciało. Nasz prezydent zawsze biegnie.
- Czyli mówi pan, żeby głosować na niego?
- No jasne! Inny by nie pobiegł...


A taki dzień bez wrażeń się zapowiadał.
G.

O tym, że wzdycham oglądając serial

Mój internet jast tak słaby jak pogoda, więc mogę zapomnieć o serialach. Toteż jadę na wieś - jak to cudownie brzmi: majówka, więc jadę na wieś. U rodziców też szału z przesyłem nie ma. Zostaje mi to, co już ściągnęłam. W ten sposób po raz trzeci rozpoczynam I sezon "Dynastii Tudorów". Z rodzicami i psem. Mój tato lubi wiedzieć, co się stanie później, dlatego też mam okazję wykazać się serialową znajomością życia na królewskim dworze w XVI wiecznej Anglii. I tak opowiadam o przepięknej Annie Boleyn, pobożnym Thomasie More i Wolseyu, któremu się nie powiodło. Ech, gdybym mogła przenieść się w czasie...
Wzdycham z każdą kolejną suknią Anny Boleyn, a pies moich rodziców ziewa za każdym razem, gdy na ekranie pojawia się Katarzyna Aragońska. Hmm, może on też już widział I sezon...

A wczraj była u mnie Marta. Marta, która zna znaczenie słów ironia i sarkazm. W dodatku studiuje twórcze pisanie. Oprócz tego, że wymieniłyśmy się plotkami o wspólnych znajomych (to zawsze najważniejszy punkt spotkań!), to porozmawiałyśmy przekładach z literatury obcej. Na poziomie.

G.

czwartek, 2 maja 2013

Szmirowaty wpis dla Malwiny K.

Urocza siostra mojej współlokatorki o imieniu Malwina wyznała mi dziś: Czytam waszego bloga w pracy. No to ja się uśmiechnęłam spod rzęsy wytuszowanej tuszem iwroszeee, jak się jednak okazało - uśmiechałam się za wcześnie, bo Malwina skończyła swą wypowiedź: .... i widziałam, że piszesz o Ani, Branco Billy i Magdzie, a o mnie nie - nie będę już czytała twojego szmirowatego bloga!!!!

Na co ja powiedziałam, bo nie dosłyszałam - Wsiurowatego? A ona na to: SZMIROWATEGO!!!!! Wsiurowate jest to, że jesteś z Kietrza!

No, dość mnie to uśmiechnęło od środka, zwłaszcza że kilka minut wcześniej, gdy jechałam z anną do supermarketu na majówkowe zakupy, funkcjonariusze policji w Raciborzu z pseudodowcipem zatrzymali nas, pytając: A pani działają wycieraczki? Bo przejechała pani podwójną ciągłą skręcając do tesko! (i jestem przekonana, że powiedział to przez k i z małej litery!)

No i później ta policja tam stała i zrobiła się straszna ulewa, a ci panowie policjantowie trzymali tę moją Annę w tej ulewie ściekał z niej deszcz z kurtki z włosów rzęs i ja na to patrzyłam i powiedziałam a co ona ma tutaj tak stać aż zachoruje na zapalenie płuc i będzie w szpitalu? Na co lotny pan policjant czując swą nieposkromioną siłę schowany w wielkim aucie przed deszczem odrzekł: proszę się odsunąć! nie rozmawiam z panią!

no to się przestraszyłam i poszłam na monopolowy w Tesco pospacerować i się uspokoić trochę.

muszę kończyć, bo Branco Billy mi kazał, ale jeszcze poruszę wątek znęcania się psychicznego raciborskiej policji nad uroczymi kierowniczkami, gdyż krew moja wre z oburzenia nieprzerwanie.

Z ucałowaniami dla Malwiny, dziewczyny Radka, siostry Ani i Jasia, córki Lucjana, koleżanki Krzysztofa - ja.
 


środa, 1 maja 2013

tu i teraz #1. Czy to jawa, czy to sen

Najbardziej nie lubię snów, w których mojemu Stefanowi dzieje się coś złego. Jeszcze bardziej najbardziej nie lubię tych snów, gdy pojawiają się one podczas nocy spędzanej w Nysie, a Stefanka w Kietrzu tak jak dziś. A jeszcze bardziej ich nie lubię, gdy są kompatybilne ze złymi snami Stefanki, które mi relacjonuje przez telefon.

Ale ze Stefanką wszystko w porządku, właśnie odgrzewa sobie krupniczek i kazałam jej szanować siebie, podczas gdy ja w Radiu Nysa opracowuję serwis informacyjny z przyjemnością i uśmiechem.

Coraz częściej mam wrażenie, że w życiu wszystko jest możliwe, jak się chce. Chciałam się dużo śmiać po smutku ostatnich miesięcy i proszę bardzo - mam to :)

ponieważ mam nieodparte wrażenie, że nieco przymulam, może napiszę, co robię teraz:

jem chipsy grubo ciachane które mój kolega Hubert zostawił w produkcyjnym radia Nysa bo tak siedzę w produkcyjnym radia Nysa i produkuję serwis dawno nie produkowałam serwisów i jestem teraz w serwisowej euforii

odebrałam telefon od mojej przyjaciółki jeszcze z czasów studenckich Anety z Nysy która ironią losu obecnie znajduje się w samochodzie wycieczkowym w Bieszczadach z bandą 15 innych wycieczkowiczów z Nysy i zadzwonili do mnie z tego wycieczkowego auta aby mi powiedzieć że słuchali jak mówiłam wiadomość o śmieciach w Paczkowie a Wojtek Hudy napisał mi to na fejsie tę dumę ze mnie

w radiu Nysa lecą fajne piosenki

jestem nieustannie zdziwiona cudami świata

tęsknię za moimi Babciami

ciekawe co robi mój tata

ciekawe co robi Ania Krzysiek Magda i Pior

ciekawe co robi Remigiusz

kto zjadł wszystkie chipsy

.

K.